Archiwa tagu: Nagroda Zaufania Złoty OTIS

fot.arch

Prof. Karolina Sieroń: Bohaterka czasu próby: Inaczej patrzę na życie

Karolina Sieroń kierowała oddziałem covidowym, sama ciężko przeszła COVID-19, 8 dni była pod respiratorem. Czwartego stycznia wróciłam do pracy, od lutego już na pełnych obrotach. Nagrodę Złoty OTIS dedykuję całemu białemu personelowi, który pracuje nie tylko z covidowymi pacjentami. Wszyscy jesteśmy bohaterami pandemii – mówi prof. Karolina Sieroń.

Kierowała Pani oddziałem covidowym w szpitalu MSWiA w Katowicach, ratując chorych i walcząc o ich życie, potem sytuacja dramatycznie się odwróciła. Jak to jest stać się nagle pacjentką?

Nikt nie lubi być pacjentem, lekarz tym bardziej. Sytuacja zmusiła mnie do tego, by być pacjentką – najpierw na swoim oddziale, potem na oddziale intensywnej terapii w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach, gdzie byłam podłączona do respiratora, a na końcu w klinice pulmonologii. Stanie się pacjentką jest trudne, natomiast w pewnym momencie trzeba sobie zdać sprawę z tego, że role muszą się odwrócić. Trzeba się zdać na fachowość i kompetencje innych.

Początkowo leczyłam się w domu, wydawało mi się, że jestem w nie najgorszej formie, natomiast gdy zobaczyli mnie koledzy z pracy, stwierdzili, że nie wyglądam zbyt dobrze i odnoszą wrażenie, że jestem odwodniona. Zasugerowali mi, że trzeba jechać do szpitala. Nie protestowałam. Później, gdy moja wydolność oddechowa dość dynamicznie się pogarszała, również zasugerowano mi przeniesienie na oddział intensywnej terapii. Nie chciałam tam iść, miałam nadzieję, że uda się bez pobytu na OIOM-ie. Niestety kolejny dzień był jeszcze gorszy.

To prawda, że przed zachorowaniem dyżurowała pani 21 dni w ciągu miesiąca?

Fizycznie miałam dyżur co drugą dobę, a w domu przez cały czas pozostawałam pod telefonem. Pracowaliśmy bardzo dużo, mieliśmy wielu chorych, również w ciężkim stanie. Organizm był zmęczony, co na pewno przyczyniło się do spadku odporności. Chorych było wielu, na moim oddziale ok. 50-80, w różnym stanie, cześć wentylowanych mechanicznie. Myślę, że nikt z nas nie dopuszczał do siebie myśli, że zachoruje. Cały czas pracowaliśmy na wysokich obrotach. Kiedy zachorowałam, myślałam, że przebieg będzie łagodny, kilka dni spędzę w domu i szybko wrócę do normalnego życia. Niestety tak się nie stało.

W połowie listopada poseł Jerzy Polaczek na FB napisał o Pani chorobie – oczywiście za zgodą rodziny, także pani ojca, prof. Aleksandra Sieronia. Pojawił się też dramatyczny apel o oddanie dla Pani osocza ozdrowieńców. Była Pani świadoma, że jest naprawdę źle?

Wszystko to działo się poza mną. Byłam pod wpływem leków, przez 8 dni podłączona do respiratora. Mogę tylko bardzo podziękować za tę medialną akcję. Posła Jerzego Polaczka poznałam wcześniej, u siebie na oddziale, kiedy sam chorował na COVID-19. Te apele zintensyfikowały akcję oddawania osocza, dostałam osocze nie tylko ja, ale też wiele innych osób. Bardzo dziękuję Tacie, Panu Posłowi, a przede wszystkim osobom, które zdecydowały się i nadal się decydują oddawać osocze. Pomaga to wielu chorym.

Choroba pozwoliła inaczej spojrzeć na COVID-19? Oczami pacjenta?

Już wcześniej wiedziałam, że choroba przebiega w nieoczekiwany i czasem tak dynamiczny sposób, jakiego się nie spodziewamy. Są pacjenci przyjmowani w ciężkim stanie i wychodzący w dobrej formie; są też pacjenci przyjmowani w stanie stabilnym, z niezbyt nasilonymi objawami, a bardzo szybko dochodzi u nich do krytycznego załamania. Liczba zgonów jest bardzo duża, nikt nie zdawał sobie sprawy, że będziemy mieli do czynienia ze schorzeniem, które będzie tak trudne do leczenia. Jako pacjentka zwróciłam uwagę na trudność w kontaktach z lekarzami. Szpitale nigdy nie były zamknięte, nikt nie chodził w maskach, oglądaliśmy swoje twarze, pacjenci chodzili po korytarzach, odwiedzały ich rodziny. Nie zdajemy sobie sprawy, jak dużym utrudnieniem dla pacjenta jest brak tego wszystkiego. Nie widziałam twarzy lekarzy, tylko ich oczy. Wiedziałam, kim są, bo przedstawiali się i mieli napisy na kombinezonach. Potem zaczęłam ich poznawać po głosie, ewentualnie po oprawkach okularów. Widzę jednak, jak duże to utrudnienie dla pacjenta, kiedy nie ma kontaktu twarzą w twarz z lekarzem czy pielęgniarką.

Przekonałam się na sobie, jak nieoczekiwanie i jak dynamicznie może ta choroba przebiegać. Ja początkowo nie miałam silnych objawów, głównym była suchość w ustach. Choć wydawało mi się, że piję bardzo dużo, okazało się, że byłam odwodniona. Jeszcze bardziej uświadomiło mi to grozę tej choroby, choć już wcześniej byłam tego świadoma.

Jak wyglądał ten pierwszy moment, kiedy już Pani wiedziała, że jest lepiej i respirator nie jest konieczny?

Pierwsza myśl: „Jestem, wróciłam, żyję!”.

Potem zaczęła docierać do mnie reszta, jaki jest dzień, ile dni mnie „nie było”, kiedy byłam utrzymywana przy życiu przez urządzenia. Miałam nadzieję, że teraz już będzie dobrze.

Wydaje się, że wychodzi się ze szpitala i jest się zdrowym…

Gdy się wybudziłam, dzwoniło do mnie wiele osób, próbowałam pisać SMS-y, ale okazało się, że palce nie działają tak jak powinny. Nie byłam w stanie napisać: „Żyję”. Proste czynności, które dla człowieka zdrowego i sprawnego wydają się oczywiste, okazują się sukcesem. Zostałam spionizowana już w szpitalu. W domu mam balkonik pomocny przy chodzeniu. Na początku asekurowały mnie dzieci, ponieważ bałam się sama chodzić. Osoby po COVID-19 często potrzebują rehabilitacji: oddechowej, ruchowej, neurologicznej.

Statystyki są takie, że tylko ok. 20 proc. osób podłączonych do respiratora wraca do zdrowia. Pani wróciła.

Wiem. Dało mi to do myślenia, że trzeba bardziej cieszyć się tym, co się ma. Człowiek ceni to, co ma dopiero wtedy, gdy może to stracić. Inaczej dziś patrzę na życie. Moment, kiedy wróciłam do domu, był dla mnie najszczęśliwszy.

W kwestii epidemii COVID-19 Polacy są dziś bardzo podzieleni. Czy może Pani powiedzieć, jako osoba, która ratowała wielu chorych na COVID-19 i też sama tę chorobę przeszła: o co warto dziś apelować?

Do ozdrowieńców o oddawanie osocza. Proszę też, aby nie bagatelizować zagrożenia. Mamy maseczki, rękawiczki, środki dezynfekcyjne. Powinniśmy zminimalizować kontakty z innymi osobami. Okres izolacji jest dla nas wszystkich trudny: dla dzieci i młodzieży, bo nie chodzą do szkoły, dla studentów. Każdy z nas chciałby, aby wróciło takie życie jak przed COVID-19, kiedy spotykaliśmy się, wychodziliśmy, wyjeżdżaliśmy. Apeluję jednak, żeby na siebie uważać.

Stała się Pani symbolem walki lekarzy z COVID-19, bohaterką czasu próby.

Wiem, jednak to nie jestem tylko ja. Takich osób jak ja jest więcej: walczymy wszyscy – lekarze, pielęgniarki. Dostałam najlepsze możliwe leczenie i miałam szczęście, że wyszłam z choroby. Niestety nie zawsze udaje się z nią wygrać. Dla nas wszystkich to bardzo trudne doświadczenie, również emocjonalnie.

Dziś nadal kieruje Pani oddziałem covidowym.

Czwartego stycznia wróciłam do pracy, od lutego jestem na pełnych obrotach.

Jestem zaskoczona i wzruszona przyznaną nagrodą Złoty OTIS. Dedykuję ją całemu białemu personelowi, który pracuje nie tylko z covidowymi pacjentami, wszyscy jesteśmy bohaterami pandemii.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Prof. dr hab. n. med. Karolina Sieroń jest kierownikiem Oddziału Chorób Wewnętrznych szpitala MSWiA w Katowicach oraz kierownikiem Zakładu Medycyny Fizykalnej Katedry Fizjoterapii WNoZ SUM. Jest specjalistką w dziedzinie chorób wewnętrznych, gastroenterologii oraz balneologii i medycyny fizykalnej.

fot. arch.

Prof. Mieczysław Walczak: Jest lepiej, ale do tego, żeby było dobrze, sporo brakuje

Rozmowa z prof. Mieczysławem Walczakiem, Kierownikiem Kliniki Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii, Chorób Metabolicznych i Kardiologii Wieku Rozwojowego Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, konsultantem krajowym w dziedzinie endokrynologii i diabetologii dziecięcej, przewodniczącym Zespołu Koordynacyjnego ds. Chorób Ultrarzadkich.

O chorobach rzadkich, do niedawna mówiło się właśnie… z rzadka, jakby stanowiły jakieś tabu. Dziś mówi się o nich coraz częściej i głośniej. Czy to znaczy, że zaczyna dziać się coś pozytywnego?

Istotnie w ostatnich latach choroby rzadkie i ultrarzadkie zaczęły wreszcie być dostrzegane. Jeszcze nie jest tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli i do tego, żeby było dobrze, sporo brakuje, ale jest dużo lepiej. I widać, że to, co zaczęło się dziać wokół tych chorób, zmierza w dobrym kierunku. W dużej mierze to zasługa Pana Macieja Miłkowskiego – Podsekretarza Stanu Ministerstwa Zdrowia, który w stosunkowo krótkim czasie doprowadził do refundacji kilku terapii, np. w chorobie Fabry’ego czy rdzeniowym zaniku mięśni i w niedoborze L-karnityny. Nowoczesne leczenie weszło zatem w niektórych chorobach metabolicznych. Niestety w przypadku większości z nich nie dysponujemy celowanym leczeniem lub jest ono bardzo drogie, co wydłuża czas do refundacji. Jest to nie tylko polski problem.

Panaceum na choroby rzadkie i ultrarzadkie miał być Narodowy Program dla Chorób Rzadkich, który Polska, zgodnie ze wskazaniami Komitetu Europejskiego, miała wprowadzać już od 2013 r. Niestety tak się nie stało, ten Narodowy Program zdaje się być ciągle w planach i nadal, mimo pewnej poprawy, chorzy nie mają dostępu do diagnostyki i nowoczesnej terapii.

Rozwiązanie jest bardzo słuszne i konieczne, ale do jego realizacji potrzebne są pieniądze, a z tym jest, jak jest. Dlatego być może stworzony niedawno Fundusz Medyczny poprawi tę sytuację.

Co konkretnie realizacja tego programu dałaby pacjentom?

Jego założenia są bardzo obiecujące. Przede wszystkim mają powstać ośrodki referencyjne, w których chory będzie miał zapewnioną kompleksową opiekę. Chociaż najlepiej byłoby, gdyby pacjent mógł być leczony najbliżej swego miejsca zamieszkania. Opieką, głównie psychologiczną i socjalną, zostaną objęte również rodziny tych chorych. Zakłada się, że także lekarze podstawowej opieki zdrowotnej zostaną wyedukowani, jak rozpoznawać atypowe objawy mogące sugerować chorobę rzadką, tak aby mogli kierować pacjentów dalej, do specjalistów. Podkreśla się rolę diagnostyki genetycznej, która w przypadku chorób rzadkich zajmuje wyjątkowe miejsce. W programie mówi się o ustanowieniu tzw. paszportu chorego, w którym będzie odnotowana m.in. diagnoza, kod choroby, zalecenia dla placówek medycznych zajmujących się pacjentem. Niewątpliwie pomocne, głównie dla lekarzy, ale pośrednio i dla chorych, będzie wprowadzenie rejestrów chorób rzadkich, stanowiących część nie tylko polskiego, ale także europejskiego systemu ich monitorowania.

Zapewne o Narodowym Programie mógłby Pan mówić i mówić… Znalazł się Pan przecież w gronie ekspertów, którzy go tworzyli.

Tak, ten temat jest mi bardzo bliski, ale nie tylko ze względu na mój udział w tym gronie. Już w 2009 roku zostałem przewodniczącym Zespołu Koordynacyjnego do spraw Chorób Ultrarzadkich i mam ogromną satysfakcję, że na jego bazie zaczęły powstawać inne zespoły, stworzone na potrzeby konkretnych schorzeń, m.in. SMA. Teraz kierowany przeze mnie zespół zajmuje się 10 jednostkami chorobowymi i ma pod opieką ok. 500 chorych.

Co uważa Pan za najważniejsze w opiece nad pacjentami z chorobami rzadkimi?

Gdybym chciał zawrzeć to w jednym zdaniu, mógłbym powiedzieć, że to zintegrowane podejście do chorób rzadkich, w kilku sferach – nie tylko medycznej, ale też prawnej i socjalnej – oraz zapewnienie ciągłości terapii dla chorych: od wystąpienia pierwszych objawów choroby do jej rozpoznania i wdrożenia odpowiedniej terapii. Bo, o ile jeszcze w przypadku dzieci możemy powiedzieć, że nie jest z tym najgorzej, to w przypadku dorosłych bywa bardzo różnie.

Od lat walczył Pan o lepszy dostęp chorych do diagnostyki, do leczenia, także, a może zwłaszcza, podczas pandemii.

Podczas pandemii starałem się wspierać i inicjować działania, które nie ograniczałyby dostępu chorym do leczenia, a jednocześnie zapewniałyby im bezpieczeństwo. Np. pacjenci z chorobą Pompy’ego, w której dochodzi do zajęcia układu oddechowego, są szczególnie narażeni na zakażenie SARS-CoV-2, dlatego tacy chorzy powinni mieć zapewnione bardzo dobre warunki pod względem bezpieczeństwa. I to w zdecydowanej większości przypadków się udało im zapewnić.

Udało się wiele innych rzeczy, nie bez powodu w ub. roku podczas Światowego Dnia Chorób Rzadkich został Pan nagrodzony prestiżową Kryształową Gwiazdą. I teraz Złoty OTIS. Gratuluję!

Bardzo doceniam, że mnie doceniono. To mobilizuje do dalszych działań.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Prof. Paweł Bogdański: Otyłość to przewlekła choroba z wieloma konsekwencjami klinicznymi

Rozmowa z prof. Pawłem Bogdańskim, specjalistą chorób wewnętrznych i hipertensjologii, kierownikiem Katedry Leczenia Otyłości, Zaburzeń Metabolicznych i Dietetyki Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Należymy do najbardziej otyłych narodów w Europie, zresztą na tle świata też pod tym względem nie wyglądamy najlepiej. I najszybciej w Europie przybieramy na wadze. Nadwagę ma już 3 na 5 dorosłych Polaków, co czwarty jest otyły. Przybywa otyłych dzieci. Epidemia otyłości?

Tak jest, chorych na otyłość przybywa dramatycznie. Mówię „chorych”, bo otyłość to przewlekła choroba, z wieloma konsekwencjami klinicznymi, groźnymi powikłaniami, których liczba sięga aż ok. 200! Dla przykładu: podwyższona masa ciała do poziomu BMI 35 kg/m2 aż 90-krotnie zwiększa ryzyko cukrzycy typu 2, a 50 proc. przypadków nadciśnienia tętniczego ma związek z otyłością. Inny przykład – 70 proc. wszystkich przypadków wymiany endoprotezy stawu kolanowego to skutek otyłości. Otyłość może być także przyczyną niektórych rodzajów nowotworów. Na kilka milionów nowotworów rozpoznawanych każdego roku w Europie ponad 100 tys. powstaje wyłącznie wskutek otyłości. I takie przykłady można jeszcze długo mnożyć. A ryzyko zgonu osoby z BMI powyżej 40, czyli z rozpoznaną otyłością śmiertelną, wzrasta co najmniej 3-krotnie.

Tymczasem większość, a nawet zdecydowana większość osób uważa, że otyłość to nie jest żadna choroba, tylko taka przypadłość, może taka „uroda” albo „defekt kosmetyczny”, a już na pewno nic, co mogłoby zagrażać życiu.

To absolutnie błędne myślenie. Zaledwie 12 proc. Polaków postrzega otyłość jako chorobę, bardzo poważną, z bardzo ciężkimi powikłaniami, powodującą, że osoba nią dotknięta może stać się przedwcześnie niepełnosprawna i nawet przedwcześnie umrzeć. Przewiduje się, że w Polsce do 2050 roku długość życia z powodu otyłości skróci się o mniej więcej cztery lata. Szczególnie dramatycznie ten problem wygląda u dzieci i młodzieży. Polska zajmuje 5. miejsce na świecie pod względem liczby dzieci z nadwagą. Warto podkreślić, że w przypadku takiego dziecka wiąże się z 18-krotnym zwiększeniem ryzyka wystąpienia u niego otyłości jako osoby już dorosłej. Polskie dzieci należą do grupy najszybciej tyjących w Europie.

O tym, że o otyłości nie myślimy jak o chorobie, świadczą chociażby badania przeprowadzone niedawno w USA. Wynika z nich, że otyłość jako choroba rozpoznawana jest dopiero po pięciu latach kontaktu pacjenta z ochroną zdrowia! Oznacza to, że osoba otyła chodzi do lekarza pięć lat, zanim usłyszy diagnozę: Choruje pan/pani na otyłość!

Ale odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada nie tylko na pacjenta, również na lekarza.

Oczywiście. Jest to choroba cywilizacyjna i, przynajmniej w minimalnym zakresie, powinien znać się na niej każdy lekarz. Zmierzyć, zważyć pacjenta, przeprowadzić wywiad, skierować na podstawowe badania, pokierować dalej, np. do poradni zaburzeń metabolicznych, poradni dietetycznej, do specjalisty, który zajmuje się leczeniem otyłości. Takiego, który tak długo będzie szukał przyczyny, aż ją znajdzie i zaproponuje odpowiednie leczenie. Bo otyłość może być przyczyną licznych schorzeń, a także być spowodowana innymi zaburzeniami i chorobami albo leczeniem. Pacjent może być predysponowany genetycznie, epigenetycznie, może mieć problemy z masą ciała w wyniku stosowanej farmakoterapii lub chorować na niedoczynność tarczycy. Nie tylko styl życia jest odpowiedzialny za występowanie otyłości. Pamiętajmy, że w każdej sytuacji modyfikacja stylu życia wymaga oceny i korekty, a choroby i zaburzenia powinny być leczone zgodnie z rekomendacjami.

Z tym stylem życia jest u nas fatalnie, wystarczy się rozejrzeć.

Istotnie, a pokus nie brakuje. Tu pączkarnia, tam pączkarnia, wszędzie programy kulinarne. Nie chodzi o to, żeby ich nie było, ale żeby tak łatwo nie ulegać pokusom.

Czy teraz będzie jeszcze gorzej, ze względu na izolację wynikającą z ograniczeń pandemicznych?

Już jest gorzej. Przeciętnie zdrowy Polak przytył podczas pandemii ok. 2 kg, a Polak chorujący na otyłość – ok. 3 kg. A pandemia jeszcze trwa… Co istotne, i to już zostało dowiedzione, osoby chorujące na otyłość częściej umierają na COVID-19, łatwiej się zakażają SARS-CoV-2 i sam przebieg zakażenia jest w ich przypadku dużo gorszy. Ryzyko konieczności hospitalizacji wzrasta u nich o 113 proc., ryzyko hospitalizacji na oddziale intensywnej terapii o 74 proc., a zgonu o 48 proc. Pandemia jeszcze bardziej obnażyła fakt, że otyłość to nie defekt kosmetyczny czy niezadowalający wygląd lub zaburzenie zachowania, ale poważna choroba. Osoby chorujące na otyłość potrzebują profesjonalnej pomocy.

Tylko jak i gdzie jej szukać, skoro, jak Pan już wspomniał, nie jest to łatwe…

Czasami istotnie trzeba się nachodzić i naszukać, a jak już się znajdzie, to może się okazać, że pomoc wcale nie jest fachowa. Poza tym niektórzy myślą sobie, że walka z otyłością polega tylko na odchudzaniu, co jest kolejnym mitem. Tu chodzi o leczenie, a nie odchudzanie. Zmiana stylu życia ma oczywiście ogromne znaczenie i czasami wystarcza, ale często trzeba sięgnąć po metody farmakologiczne, a niekiedy, jeśli i one nie pomagają, po zabiegi chirurgiczne.

W leczeniu otyłości konieczne są zmiany systemowe, takie, które stanowiłyby drogę zaczynającą się od podstawowej opieki zdrowotnej, a dalej byłby to już kompleks działań. Tak działają niektóre ośrodki prywatne, ale do nich mają dostęp tylko nieliczni chorzy.

W ten system powinna być też wpisana edukacja, nie tylko pacjentów, ale i lekarzy. To od niej należałoby zaczynać. Świadomy chory na pewno nie podejmie pochopnie decyzji i nie kupi sobie reklamowanych w mediach suplementów, które w tydzień mają mu zapewnić utratę nadmiernych kilogramów. Nie będzie stosował pseudomedycznych rad wyczytanych w internecie, bo będzie wiedział, jakie mogą z tego wynikać zagrożenia.

A świadomy problemu lekarz, widząc pacjenta chorującego na otyłość, będzie wiedział, jak mu pomóc, gdzie go skierować.

Stworzenie systemu pomocy dla chorych na otyłość to z pewnością ogromne wyzwanie, nie tylko dla ochrony zdrowia. Jednak jestem przekonany o opłacalności stworzenia takiego systemu, zarówno w kontekście indywidualnym, jak i społecznym.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Dr n. med. Tadeusz Borowski-Beszta: Czuję moralny obowiązek służenia bliźnim w potrzebie

Rozmowa z dr. n. med. Tadeuszem Borowskim-Besztą, współzałożycielem pierwszego w Polsce stacjonarnego hospicjum „Dom Opatrzności Bożej”, które od 1992 r. do dziś jest prowadzone w Białymstoku.

W Łapach, skąd Pan pochodzi, mówią o Panu „To nasz najbardziej znany i najbardziej zasłużony łapianin”, z kolei w Białymstoku, gdzie Pan przed laty zamieszkał, mówią „Nasz najbardziej znany białostocczanin z Łap”. Ale to nie wszystko. Jest Pan znany daleko i poza Łapami, i poza Białymstokiem, czego przykładem m.in. odznaczenie przyznane przez papieża Franciszka.

To odznaczenie otrzymałem w 2015 roku. Jest to Krzyż Zasługi Pro Ecclesia et Pontifice, jedno z wyższych odznaczeń w Kościele katolickim, przyznawane osobom świeckim w dowód uznania za zaangażowanie w pracę na rzecz bliźnich i Kościoła. O to wyróżnienie, jak wiem, wnioskował metropolita białostocki, bp. Edward Ozorowski.

A w uzasadnieniu życzył, aby jeszcze długo dokonywał Pan rzeczy niemożliwych. I te życzenia się sprawdzają, bo wciąż jest Pan zaangażowany w pracę w hospicjum, które powstało m.in. z Pana inicjatywy. Skąd u lekarza psychiatry, przez wiele lat związanego ze szpitalem psychiatrycznym w Choroszczy, myśl, żeby stworzyć taką placówkę?

Jako chrześcijanin mam moralny obowiązek służenia bliźnim, zwłaszcza tym będącym w potrzebie. Nie tylko myśleć o swoich prywatnych sprawach, ale też o sprawach innych. W swoim życiu tyle napatrzyłem się na ludzkie cierpienia, że idea utworzenia hospicjum dla dorosłych w jakimś momencie sama wypłynęła. Zanim ono powstało, wspólnie z Markiem Kotańskim, założycielem Monaru, organizowaliśmy ośrodek dla narkomanów w Zaczerlanach, a nieco później wraz z o. Edwardem Konkolem tworzyliśmy oddział dla uzależnionych w szpitalu w Choroszczy. Tworząc hospicjum w Białymstoku, pierwsze stacjonarne hospicjum dla dorosłych – „Dom Opatrzności Bożej”, miałem już więc za sobą doświadczenia w pracy na rzecz chorych potrzebujących opieki i wsparcia. Hospicjum to jest prowadzone przez Towarzystwo Przyjaciół Chorych, którego aktualnie jestem prezesem.

W 2002 roku, dzięki Pańskim staraniom, udało się otworzyć nowy budynek, będący obecnie siedzibą hospicjum, który przez szereg kolejnych lat był rozbudowywany, a było to możliwe wyłącznie przy wsparciu finansowym darczyńców.

To prawda, nie było łatwo, ale się udało. Dziś zajmujemy się pomocą stacjonarną dla dorosłych, zapewniamy ją głównie chorym onkologicznie, ale też świadczymy opiekę domową. Przez te lata opieką było objętych ponad 20 tysięcy chorych.

Wiele Pan w swoim życiu przeżył, w dzieciństwie został Pan wraz z matką wywieziony na Sybir, Pana ojca, oficera Wojska Polskiego, zamordowali Sowieci, wielu Pańskich najbliższych straciło podczas wojny życie. Zapewne te przeżycia również przyczyniły się do tego, że został Pan nie tylko lekarzem, ale właśnie i społecznikiem?

Z pewnością tak. To również sprawiło, że szerzej zainteresowałem się historią Polski, wspierałem powstawanie pomników na Podlasiu. W 2014 roku Instytut Pamięci Narodowej przyznał mi Nagrodę Honorową „Świadek Historii”, za zaangażowanie w upowszechnianie wiedzy o historii Polski i regionu.

 „Nigdy nie liczył czasu poświęcanego choremu”, „To lekarz głęboko w chorym zanurzony”, „ On jest jak Matka Teresa” – to tylko przykłady opinii o Panu. Podobnych jest dużo, dużo więcej. Czuje się Pan Matką Teresą?

Matka Teresa zawsze była dla mnie wzorem. Ona nikogo nie nawracała, tylko świadczyła swoim życiem o chrześcijaństwie. I ja, jak już powiedziałem, jako chrześcijanin, czuję moralny obowiązek służenia bliźnim w potrzebie.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Mgr Mateusz Gliwiński: Zawsze interesowała mnie immunologia

Rozmowa z Mateuszem Gliwińskim, doktorantem w Katedrze i Zakładzie Immunologii Medycznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

O tym, że dość wcześnie zainteresował się Pan immunologią, już wiem. Ale dlaczego cukrzyca? Bo tematem Pańskiej rozprawy doktorskiej jest właśnie ta choroba, a konkretnie „Antygenowo-specyficzna regulacja układu odpornościowego w cukrzycy typu 1”.

Cukrzyca typu 1 jest chorobą o podłożu autoimmunizacyjnym, to po pierwsze. A po drugie, zapadalność na nią stale rośnie – tak jest na całym świecie. I chociaż trwają badania nad nowymi lekami, metodą terapii jest nadal insulina podawana w iniekcjach. Do tej pory nie opracowano żadnej skutecznej metody profilaktyki ani sposobu na wyleczenie.

I tu znalazł Pan szansę dla siebie?

Miałem wielkie szczęście, że do swojego zespołu zaprosił mnie prof. Piotr Trzonkowski, kierownik Zakładu Immunologii Klinicznej i Transplantologii, który od kilku lat zajmował się terapiami komórkowymi opartymi na immunosupresyjnych limfocytach regulatorowych i poszukiwaniem nowych leków immunosupresyjnych, także w przypadku cukrzycy typu 1. Dodam jeszcze, że nasz ośrodek jest wiodącym w Polsce pod względem badań nad układem odpornościowym i jedynym w naszym kraju, który prowadzi nowatorską terapię pacjentów z cukrzycą typu 1 za pomocą limfocytów Tregs.

Co chciał Pan w swojej pracy pokazać, czego dowieść?

Głównym jej celem było wyjaśnienie roli komórek antygenowo-specyficznych, a zwłaszcza Tregs, w regulacji układu immunologicznego w cukrzycy typu 1 oraz możliwość ich zastosowania w terapii. Wydawało mi się to o tyle istotne, że w ostatnich latach nastąpił rozwój terapii komórkowej z wykorzystaniem Tregs w celu opracowania immunosupresji, która hamowałaby niepożądane reakcje autoimmunizacyjne bez ogólnoustrojowego hamowania układu immunologicznego pacjenta.

Terapie komórkowe z użyciem komórek regulatorowych Tregs wydają się więc bardzo obiecujące nie tylko w cukrzycy?

Oczywiście. Są one szansą na skuteczne leczenie różnych chorób autoimmunizacyjnych, można będzie je stosować w przeszczepach komórek macierzystych i narządów litych. Zastosowanie kliniczne Tregs z pewnością będzie dużo większe.

W swojej pracy opisał Pan m.in. nowatorskie metody pozyskiwania Tregs.

Istotną kwestią dotycząca stosowania leczenia z wykorzystaniem Tregs w chorobach autoimmunizacyjnych jest specyficzność wobec konkretnego antygenu. W pracy opisałem nowatorską metodę generowania Tregs wzbogaconych o klony reagujące na antygen, która potencjalnie obejmuje większość autoantygenów. Tę technikę można wykorzystywać do generowania populacji Tregs wzbogaconych o komórki reagujące na dowolny peptyd, które mogą być stosowane jako produkt leczniczy terapii komórkowej w terapiach ukierunkowanych na antygen.

Czyli antygenowo-specyficzne terapie z wykorzystaniem Tregs mogą dawać nadzieję chorym na wiele schorzeń?

Jak najbardziej. I nie tylko mogą, one już dają taką szansę.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Jakub Rosik: Wiedziałem, że operatorem nie będę, dlatego zainteresowałem się hematoonkologią

Rozmowa z Jakubem Rosikiem, studentem VI roku Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jest Pan jeszcze studentem, a już tyle osiągnięć! Ok. 20 recenzowanych artykułów naukowych, 10 wystąpień na międzynarodowych i ogólnokrajowych konferencjach. Tzw. Indeks Hirscha wynosi w Pana przypadku 8, a Impact Factor (potocznie nazywany siłą przebicia) – 71,9. To pokazuje, jak cenione są Pańskie dotychczasowe działania, czego dowodem Nagroda Ministra Nauki, Diamentowy Grant, przyznana w zeszłym roku. A dlaczego szpiczak mnogi, który jest tematem Pana projektu, uhonorowanego teraz Nagrodą Zaufania Złoty OTIS?

Wybierając studia, wiedziałem, że chcę zająć się onkologią. Ale byłem też pewien, że chirurgia to nie dla mnie, że operatorem chirurgicznym nigdy nie będę. Wybrałem więc hematoonkologię, bo wśród wszystkich innych dziedzin onkologii ta jest specyficzna, niezwiązana z chirurgią. A szpiczak dlatego, że po pierwsze, w naszym ośrodku od kilku lat prowadzone są badania związane z tym nowotworem i możemy się pochwalić dobrymi efektami, a po drugie, zachorowań na szpiczaka będzie przybywać, bo to nowotwór głównie ludzi starszych, więc potrzebne będą nowe, skuteczniejsze terapie.

Realizowany przez Pana projekt to „Identyfikacja zmian epigenetycznych, determinujących przebieg kliniczny szpiczaka mnogiego”. Co jest jego celem?

Tematem epigenetyki zajmujemy się w naszym ośrodku od co najmniej trzech lat i przez ten czas skompletowaliśmy już wiele danych świadczących o tym, że same czynniki genetyczne nie mają aż tak dużego znaczenia w przypadku szpiczaka mnogiego jak czynniki epigenetyczne. Co prawda nadal nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, jakie konkretnie zmiany epigenetyczne mogą determinować przebieg szpiczaka mnogiego, ale wiemy, że takie zmiany są. Teraz weryfikujemy więc istotę tych zmian, wiedząc, że mogą one zaburzać ekspresję genów w sposób niezależny od sekwencji DNA. Najważniejszym procesem epigenetycznym badanym w tym projekcie jest metylacja DNA, której związek z powstawaniem i przebiegiem klinicznym innych nowotworów został już potwierdzony. Aby zapewnić maksymalną skuteczność i wiarygodność całego procesu, wykorzystamy w badaniach najnowsze technologie i zaawansowane obliczenia bioinformatyczne.

Co praktycznie dałoby zidentyfikowanie zmian epigenetycznych w przypadku szpiczaka mnogiego? Już mówi się, że sukces tego projektu byłby kamieniem milowym na drodze do poprawy stosowanych schematów terapii i odkrywania nowych punktów uchwytu leczenia przeciwnowotworowego.

Mogę się tylko pod tym stwierdzeniem podpisać. Skuteczna realizacja założonych przez nas celów przyczyniłaby się do lepszej diagnostyki, do większej personalizacji leczenia. Jeśli będziemy mogli przewidzieć, jak pacjent zareaguje na leczenie, jaka będzie odpowiedź na terapię, będzie można dokładniej ją dobrać, zastosować takie leki epigenetyczne, które nawet cofną zmiany epigenetyczne. Tak więc – to przyszłość.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Filip Machaj: Chciałbym, żeby moje badania jak najszybciej przełożyły się na efekty kliniczne

Rozmowa z Filipem Machajem, studentem VI roku Wydziału Lekarskiego Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

W Pana rodzinie nie ma żadnego lekarza, farmaceuty, nikogo związanego z medycyną. Mimo to, nie mając żadnych „medycznych” wzorców, wybrał Pan właśnie medycynę. Dlaczego?

Taki to już jestem w rodzinie rodzynek. Dodam tylko, że dotąd nie miałem styczności z chorymi, którzy w jakiś sposób też może wpłynęliby na podjęcie przeze mnie takiej decyzji. Sadzę, że do takiego wyboru skłoniła mnie chęć prowadzenia badań naukowych, które dawałyby szanse na przełożenie się na konkretne efekty kliniczne. A jeśli badania i opieka nad pacjentami, to właśnie nad najcięższymi przypadkami, a do takich należą nowotwory. W naszym uniwersytecie mamy świetnie funkcjonujący Zakład Genetyki, nie musiałem się długo zastanawiać. Skupiłem się na badaniach nad rakiem piersi, bo to jeden z najczęściej występujących na świecie nowotworów, więc i wyzwanie duże.

Jeśli jednak chodzi o ten nowotwór, to było przeprowadzonych już wiele badań nad jego istotą. I wiele zakończonych powodzeniem, co pozwoliło na nowe metody diagnostyczne czy terapeutyczne.

Tak, to prawda, jednak nie wszystko zostało wyjaśnione. Np. było sporo badań, które miały ustalić specyficzną dla każdej pacjentki ocenę ryzyka wystąpienia nowotworu piersi w oparciu o podłoże genetyczne. I okazało się, że skuteczność tej oceny pozwala na wyjaśnienie jedynie jednego na pięć przypadków raka piersi – naszym celem jest wyjaśnienie pozostałych 80 proc.

Stąd pomysł na projekt, który Pan realizuje – „Identyfikacja genowych zmian epigenetycznych, poprzedzających rozwój raka piersi”?

W projekcie zakładamy badanie zmian epigenetycznych w wybranych grupach kobiet, które mają zwiększone ryzyko raka piersi w porównaniu z populacją ogólną. U tych kobiet do obciążenia ryzykiem nowotworu piersi przyczyniają się mechanizmy inne niż stricte mutacje genetyczne – na przykład ekspozycja środowiskowa, która może zwiększać ryzyko i przyczyniać się do rozwoju raka. Zbadamy, czy zidentyfikowane przez nas zmiany epigenetyczne, które obecne są we krwi pacjentek na długo przed diagnozą, mogą być użyte do oceny ryzyka nowotworów.

W związku z tym nasz produkt będzie obejmował założenie i tematykę z zakresu badań podstawowych, ale wyniki będą miały także znaczenie translacyjne.

Dane, które zgromadzimy, zostaną zdeponowane w specjalnej bazie danych i udostępniane naukowcom do wykorzystania w innych badaniach nad wpływem czynników środowiskowych na epigenom. Dostęp do tak licznej i szczegółowej bazy pacjentek pozwoli nam na zakres badań, który do tej pory był możliwy w niewielu ośrodkach na świecie.

A co będę z tego miały kobiety chore na raka piersi?

Jeśli cały projekt zakończy się sukcesem, na co oczywiście liczę, to identyfikacja zmian epigenetycznych pozwoli na wcześniejsze objęcie opieką tych kobiet, które są nimi obciążone, co daje im szansę na wykrycie choroby w jej wczesnej fazie.

Nagroda Zaufania Złoty OTIS to kolejna w Pana działalności, w zeszłym roku został Pan doceniony przez Ministerstwo Nauki, które przyznało Panu Diamentowy Grant. Wysoki Indeks Hirscha i wysoki Impact Factor także świadczą o Pana sukcesach. Co dalej?

Chciałbym pojechać do USA, zdobywać dalsze doświadczenia w pracy klinicznej i naukowej, a po powrocie rozwijać je w renomowanym ośrodku w Polsce.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Mgr Wojciech Marciniak: Miałem dużo szczęścia, mogąc pracować w zespole prof. Lubińskiego

Rozmowa z doktorantem Wojciechem Marciniakiem z Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rok temu otrzymał Pan Zachodniopomorskiego Nobla za badania dotyczące stężenia arsenu we krwi jako markera raka piersi w polskiej populacji. Teraz – Nagroda Zaufania Złoty OTIS 2021, będąca ciągiem dalszym – za test diagnostyczny pozwalający na określenie ryzyka zachorowania na raka piersi na podstawie stężeń arsenu we krwi. Powinnam spytać, dlaczego właśnie arsen, ale, patrząc na to, gdzie i z kim Pan pracuje, odpowiedź może być tylko jedna.

Tak, nie mogło być inaczej. Jednak nieprzypadkowo znalazłem się w zespole genetyka i onkologa, prof. Jana Lubińskiego, kierownika Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, szefa Centrum Badawczego Read-Gene, który od lat zajmował się zależnością między stężeniem arsenu we krwi a ryzykiem nowotworów u kobiet. Ten problem chodził mi po głowie już wcześniej. A kiedy zobaczyłem, jak obiecujące wyniki ma Profesor, postanowiłem i chciałem wnieść w te badania coś swojego. Tym bardziej że rak piersi wciąż należy do najczęstszych na świecie i każda nowa inicjatywa, każda nowa metoda diagnostyczna, która mogłaby tę sytuację poprawić, jest bardzo potrzebna.

Dlaczego arsen jest tak niebezpieczny, co już o nim wiadomo w kontekście raka piersi? Co pokazały dotychczasowe badania?

To jedenz pierwiastków, których obecność w organizmie, zwłaszcza w wyższych stężeniach, zwiększa ryzyko pojawiania się różnych chorób. Udowodniono, że zatrucie metalami ciężkimi aż 6,5-krotnie zwiększa ryzyko nowotworu. A wysokie stężenie metali ciężkich, takich jak rtęć, kadm, ołów, występuje u co najmniej połowy naszego społeczeństwa. Arsen również należy do bardzo niebezpiecznych czynników rakotwórczych.

Jedno z badań, prowadzone przez ponad trzy lata przez zespół naukowców PUM i ośrodek badawczy Read-Gene, kierowany przez prof. Lubińskiego, wykazało, że na 1700 kobiet obserwowanych w tym czasie blisko 100 raków różnych narządów wystąpiło u kobiet z podwyższonym stężeniem arsenu we krwi. Wśród tych nowotworów były głównie nowotwory piersi. Raki nie wystąpiły w grupie ok. 400 kobiet ze stężeniem arsenu we krwi poniżej 0,6 mikrogramów na litr.

W kolejnym badaniu, z udziałem ok. 1300 kobiet, które są nosicielkami mutacji w genie BRCA1, wykazano podobną zależność. Zdrowe kobiety obserwowano przez 3,5 roku (średnio). W tym czasie rozwinęło się ok. 100 raków. głównie piersi. U kobiet będących nosicielkami mutacji w genie BRCA1 stężenie arsenu powyżej 0,84 mikrogramów na litr jest związany z blisko 2-krotnie podwyższonym ryzykiem raka.

To wszystko jak najbardziej przemawia za tym, żeby doskonalić metody oznaczania stężenia arsenu we krwi – i Panu to się udało. Na czym polega ta metoda?

Nie chciałbym wdawać się w techniczne szczegóły, mogę tylko potwierdzić, że istotnie ta metoda pozwala na bardzo czułe oznaczenia, poniżej 1 mikrograma na litr. I właśnie poszukiwanie takich metod – czułych, selektywnych, które przełożą się na dokładniejszą diagnostykę, a tym samym skuteczniejszą profilaktykę i ewentualnie skuteczniejszą terapię, to wyzwanie dla nauki.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Mgr Maria Głowniak: Trzeba w życiu robić to, co najbardziej się lubi

Rozmowa z mgr farmacji Marią Głowniak, byłym Głównym Inspektorem Farmaceutycznym.

Podobno już jako małe dziecko przesiadywała Pani w aptece, oglądając zmiany zabarwienia płynu w probówce po dodaniu kolejnego odczynnika i piła sok malinowy w opłatku… Tak więc apteka w Pani życiu pojawiła się dość wcześnie?

Nie mogło być inaczej, pochodzę z rodziny farmaceutów. Ale to nie jest tak, że zostałam do tej farmacji w jakiś sposób zmuszona. Nie, to był całkowicie mój wybór. Dziadek po ukończeniu studiów w Dorpacie, obecnie Tartu w Estonii, w 1905 roku kupił aptekę w Chełmie, gdzie się urodziłam. Ojciec studia farmaceutyczne ukończył w 1937 roku w Oddziale Farmaceutycznym przy Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Poznańskiego. To właśnie dziadek od najmłodszych moich lat wprowadzał wnuki w tajniki farmacji, dlatego najwcześniejsze wspomnienia związane mam z apteką. Ja studia podjęłam na Wydziale Farmaceutycznym Akademii Medycznej w Lublinie, które ukończyłam w 1965 roku. W tych latach w Lublinie był nadmiar magistrów farmacji, wyjechałam więc do Warszawy, gdzie podjęłam pracę w Zarządzie Aptek m.st. Warszawy.

Pani droga zawodowa jest bardzo bogata, uczestniczyła Pani aktywnie w działaniach na rzecz polskiej farmacji.

Faktycznie, w zasadzie od samego początku, odkąd zostałam farmaceutką, udzielałam się wszędzie, gdzie mogłam coś pożytecznego zdziałać dla naszej farmacji. Nawet trudno mi teraz to wszystko wymienić. Pięć lat przepracowałam w aptece, pracując równocześnie jako inspektor ds. gospodarki lekiem w Międzyzakładowej Przychodni Przemysłowej. Byłam m.in. starszą specjalistką w Wydziale Gospodarki Lekiem, starszą radczynią w Wydziale Aptek, a następnie w Wydziale Nadzoru Farmaceutycznego. Pod koniec ub. wieku zostałam powołana na stanowisko Głównego Inspektora Farmaceutycznego. Byłam również konsultantką do spraw prawa farmaceutycznego w Biurze Handlowym Polpharmy, członkiem Naczelnej Rady Aptekarskiej i następnie jej wiceprezeską.

Istotnie, sporo tego, a jak Pani wspomniała – to tylko część działalności. Ma Pani za sobą także działalność naukową i edukacyjną, poparte bogatym doświadczeniem.

Odbywałam liczne szkolenia, zarówno w kraju, jak i za granicą. Ukończyłam studia podyplomowe Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz szkolenie w London School of Economics and Political Science. Byłam wykładowcą w Szkole Zdrowia Publicznego w Krakowie, wykładowcą na Wydziale Farmaceutycznym AM w Łodzi, w ramach specjalizacji farmaceutycznej. Jestem współautorką „Polskiego Prawa Farmaceutycznego”, wydanego przez Polskie Towarzystwo Farmaceutyczne, członkiem Komitetu redakcyjnego „Terapia i Leki”.

Liczne odznaczenia, m.in. Srebrny Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski świadczą, że została Pani doceniona.

A wśród tych odznaczeń są i te, które szczególnie sobie cenię, jak medal Uśmiech od Aptekarza, przyznany przez Oddział Izby Aptekarskiej w Chełmie, czy pieczątka przyznana z okazji Dnia Farmacji, z napisem „Najżyczliwszy farmacji urzędnik państwowy”.

Gdyby dziś miałaby Pani podjąć decyzję, jaką wybrać drogę zawodową, byłaby to farmacja?

Na pewno dziś nie chciałabym być urzędnikiem państwowym, bo teraz wszystko wygląda inaczej. Kiedyś inaczej tworzyło się prawo, w sposób bardziej przemyślany, zdroworozsądkowy. Dziś robi się to szybko, na chybcika. Na pewno nie chciałabym pracować w aptece sieciowej, ale w aptece rodzinnej – tak. Tu każdy jest traktowany nie tylko jako klient, ale jak pacjent, którym trzeba się odpowiednio zaopiekować.

Co powiedziałaby Pani przyszłym farmaceutom?

Zanim dokonają takiego wyboru, powinni zadać sobie pytanie, czy na pewno tego chcą i czy to będzie im pasować. Bo w życiu powinno się robić to, co najbardziej się lubi.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Prof. Stanisław Majewski: Zawsze byłem człowiekiem aktywnym wielokierunkowo

Rozmowa z prof. Stanisławem Majewskim, twórcą nowoczesnego Instytutu Stomatologii w UJ i jego pierwszym dyrektorem, b. kierownikiem Katedry Protetyki Stomatologicznej, prodziekanem i prorektorem w macierzystej uczelni, b. konsultantem krajowym w dziedzinie protetyki stomatologicznej, twórcą i redaktorem naukowych czasopism stomatologicznych, założycielem i prezesem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Implantologii Stomatologicznej.

Patrząc na Pański zawodowy dorobek życia, na to, czego Pan dokonał, można się dziwić, że to wszystko udało się jednemu człowiekowi – w dziedzinie, która w medycynie przez wiele lat była raczej zaniedbywana. Pan znalazł dla niej odpowiednio wysokie miejsce, czego dowodem jest chociażby wyjątkowe odznaczenie, przyznane w 2016 roku – „Zasłużony dla Uniwersytetu Jagiellońskiego” i wpis do historycznej Księgi zasłużonych. Znalazł się Pan w niej jako jedyny stomatolog, zasłużony dla polskiej stomatologii. To ogromny sukces, prawda?

Trudno mi mówić o własnych osiągnięciach, ale tak, to ogromny sukces. Jest też prawdą, że na to wszystko los dał mi dobry czas. Po studiach na Wydziale Lekarskim AM w Krakowie zdecydowałem się na stomatologię, m.in. dlatego, że widziałem, jak wiele jest do zrobienia w tej wówczas marginalnej i zaniedbanej dziedzinie. Stan tego mogę zilustrować faktem, że w mojej pierwszej pracy zabiegi dentystyczne wykonywałem przy lampie naftowej, posługując się nożną wiertarką – bo wieś, gdzie przez rok po studiach praktykowałem, nie była jeszcze zelektryfikowana.

Wówczas marzył mi się udział w prawdziwym rozwoju polskiej stomatologii, bo uświadomiłem sobie, jak wiele w tej specjalności można dokonać.

Niewątpliwie udało mi się pozostawić swój trwały ślad w polskiej stomatologii, skoro po latach zawodowej aktywności jestem postrzegany nie tylko jako twórca nowoczesnego Instytutu Stomatologii w krakowskim Uniwersytecie, ale też jako pionier nowych interdyscyplinarnych dziedzin współczesnej stomatologii, tj. gnatofizjologii oraz implantoprotetyki stomatologicznej i nowoczesnej protetyki. W protetyce stomatologicznej, która jest moją główną specjalnością, starałem się przyczynić do jej realnego przekształcenia w prawdziwą dziedzinę nauk medycznych i czynnościowo odtwórczą praktykę lekarską.

Zatem od nożnej „bormaszyny” i wyrywania zębów przy lampie naftowej do turbinowego unitu i implantoprotetycznej rekonstrukcji narządu żucia – to, można powiedzieć, kosmiczny przeskok z turbodoładowaniem.

W Pana rodzinie nie brakowało lekarzy i farmaceutów, zapewne więc nie mogło być inaczej, Pan też musiał wybrać tę drogę.

Może nie musiałem, mój zawód nie jest wynikiem młodzieńczych marzeń, choć w efekcie stał się moją życiową pasją. Z namowy ówczesnego kierownika oddziału stomatologii AM moja droga pracownika naukowego zaczęła się w Katedrze Protetyki Stomatologicznej, gdzie przechodziłem kolejne fazy rozwoju i zawsze byłem tym „najmłodszym” – najmłodszy doktor, najmłodszy doktor habilitowany, najmłodszy kierownik katedry i wreszcie najmłodszy i pierwszy w krakowskiej uczelni profesor tytularny w mojej dziedzinie.

Właśnie w tym zespole krakowskiej katedry wykonał Pan pierwsze zabiegi implantacji tytanowych wszczepów śródkostnych z protetyczną odbudową uzębienia – stając się pionierem implantologii stomatologicznej w Polsce. I tak, wiem, od początku swojej pracy optował Pan za nazwą „implantoprotetyka”.

Bo tak powinna się nazywać ta dziedzina stomatologii, łącząca technikę chirurgiczną z rekonstrukcją protetyczną, która już od lat 80. ub. wieku stała się moją zawodową pasją. Dzięki temu katedra, którą przez 30 lat kierowałem, może poszczycić się wieloma innowacyjnymi procedurami protetycznej rekonstrukcji uzębienia, tak w części laboratoryjnej i materiałoznawczej, jak i kliniczno-zabiegowej.

Z czasem doszły m.in. przeszczepy autogenne, procedura sterowanej regeneracji struktur kostnych, podnoszenie dna zatok szczękowych czy osteotomowa technika przygotowania łoża kostnego. Szczególne miejsce w klinicznym dorobku w tym czasie zajmuje opracowanie implantoprotetycznej metody rekonstrukcji uzębienia w przypadkach całkowitego bezzębia oraz częściowych braków zębowych przedniego odcinka wyrostków zębowych w hipodoncji.

Co uważa Pan za swoje szczególne osiągnięcia naukowe? Takie, które na trwałe weszły do teorii i praktyki współczesnej medycyny i stomatologii?

To może to być np. udokumentowany badaniami naukowymi stan biocenozy ustnej w normie fizjologicznej i jej zmian w stanach patologicznych, a w szczególności wyjaśnienie roli czynników infekcyjnych w etiologii jednostki chorobowej określanej jako stomatitis prothetica; może to być kompleksowa ocena reaktywności żywego organizmu na implantowane (zwierzętom) dentystyczne stopy metali i tworzywa akrylowe, wprowadzenie klasyfikacji przypadków protetycznych w oparciu o stopień trudności diagnostyczno-terapeutyczny wraz z opracowaniem zasad tzw. etapowości postępowania rehabilitacyjno-rekonstrukcyjnego w praktyce protetycznej.

Mam swój udział w badaniach nad polskim systemem implantów, biomechaniki funkcjonowania uzębienia na implantowanych filarach dentystycznych i wprowadzeniem do praktyki stomatologicznej wielu nowych materiałów, technologii i procedur.

Wprowadził Pan do polskiego piśmiennictwa stomatologicznego nowe pojęcia współczesnej stomatologii.

No tak, to też mi się udało, szczególnie walczyłem właśnie o tę implantoprotetykę. Ogólnie rzecz ujmując, do polskiego piśmiennictwa stomatologicznego wprowadziłem współcześnie zdefiniowany cały aparat pojęciowy w zakresie gnatofizjologii i implantoprotetyki, jako nowych kierunków stomatologii interdyscyplinarnej.

Podobnie jak imponująca jest Pańska działalność jako klinicysty i dydaktyka, podziw budzi również działalność stricte naukowa. Ponad 500 publikacji, ponad 25 opracowań książkowych. Był Pan pomysłodawcą i współzałożycielem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Implantologii Stomatologicznej, Fundacji na Rzecz Rozwoju Protetyki Stomatologicznej, krajowym konsultantem w dziedzinie protetyki stomatologicznej. A i teraz, będąc na emeryturze, nie spoczywa Pan na laurach. W końcowej fazie znajduje się opracowanie „Dziejów polskiej stomatologii uniwersyteckiej”, nad którą Pan pracuje. Skąd tyle energii?

Jak już powiedziałem, moje życie to działanie. Należę do tej grupy mojego pokolenia, która zaczynała od zera, a z domu wynosiła przekonanie, że prawdziwe wartości w życiu tworzą nauka i mozolna praca – i z tym wychodziliśmy w świat. Poszedłem więc drogą, która poprzez uczelnię stwarzała szersze możliwości realizowania życiowych ambicji niż wyłącznie „przychodniana praca przy fotelu”. To był bardzo dobry wybór. I nie jest tak, że nie wystarcza mi już energii i czasu na cokolwiek innego. Jak się dobrze zorganizować, to znajdzie się jeszcze miejsce na korzystanie z tego, co proponuje otaczający świat. Życie wówczas staje się pełniejsze, ciekawsze. A historię, nad którą obecnie pracuję, jestem winien potomnym i mojemu uniwersytetowi, który, jak w wielu innych dziedzinach, jest kolebką polskiej stomatologii uniwersyteckiej.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. Tomasz Adamaszek

Prof. Ida Kinalska: Pierwsza dama polskiej diabetologii

Z prof. Idą Kinalską, specjalistą endokrynologii i diabetologii, rozmawia Katarzyna Pinkosz

Gdy czytam Pani biografię i dokonania w polskiej medycynie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pani charakter ukształtował pobyt w dzieciństwie na Syberii.

Pochodzę z Wileńszczyzny. Gdy zaczęła się wojna polsko-niemiecka, przyszli do nas Rosjanie. Ojca aresztowali, na długi czas ślad po nim zaginął. Nas z mamą wygonili z domu, a wkrótce potem wywieźli na Syberię. Pozwolili nam zabrać tylko jedną walizkę. Nie podejrzewałyśmy, że do stron rodzinnych nigdy nie wrócimy.

O pobycie na Syberii napisała Pani książkę „Syberia oczami dziecka”. To pamiętnik-reportaż, napisany tak, jak świat łagrów obserwowało dziecko. Czytając, nie sposób ukryć łez.

Sześć lat w Kazachstanie miało ogromny wpływ na całe moje życie. Głód, zimno, konieczność walki o przetrwanie w trudnych warunkach, zimą siedzenie na piecu opalanym kiziakami – suszonym łajnem, które wcześniej musiałam nazbierać na stepie, bo inaczej byśmy zamarzli. Ten czas mnie ukształtował.

Gdy przyjechałam do Polski, do Białegostoku, wszyscy wydawali mi się wyjątkowi, piękni, ładnie ubrani. Na początku było trudno: nie potrafiłam czytać i pisać po polsku. Zaległości w nauce szybko jednak nadrobiłam i już pod koniec roku byłam w grupie najlepszych uczennic, szczególnie z matematyki, fizyki. Po maturze chciałam iść na chemię, ale w Białymstoku zaczęła właśnie tworzyć się Akademia Medyczna. Mama zachęciła, żebym poszła na medycynę.

Która z czterech specjalizacji (analityka medyczna, choroby wewnętrzne, diabetologia i endokrynologia) okazała się najważniejsza?

Do wszystkich specjalizacji drogę otworzyła mi chemia. W pracy konsultowałam raczej pacjentów trudnych, skomplikowanych, gdyż jako kierownik kliniki cały czas zajmowałam się nauką. Każdy pacjent na początku, gdy słyszy diagnozę „cukrzyca”, jest załamany. Cukrzyca to choroba na całe życie, wymagająca dużej uwagi, nie tylko lekarza, ale przede wszystkim pacjenta, bo to pacjent pilnuje diety, oznacza sobie stężenie cukru, podaje sobie leki. Zawsze słuchałam pacjentów, wszystko z nimi uzgadniałam, bo nikt nie czuje tak dobrze własnego organizmu jak sam chory. Wydaje się, że pacjent ma wysokie stężenie cukru i trzeba mu podać dużo insuliny. A nie zawsze jest to prawda. Ustalenie odpowiedniej dawki insuliny wymaga dużego doświadczenia. Kiedyś było to jeszcze  trudniejsze, jednak „starzy” lekarze doskonale leczyli, wiedzieli, że nie można podać za dużo insuliny.

Dziś jeśli chory przestrzega zasad, to może żyć tak samo długo jak osoba bez cukrzycy. Powiem jednak coś, co może wydać się nieprawdopodobne: otóż kiedy jeszcze pracowałam w klinice (dziś jestem na emeryturze), zrobiłam badania, z których wynikało, że nie ma dużej różnicy, jeśli chodzi o powikłania pomiędzy okresem, gdy leczyliśmy starymi metodami a tym, jak leczymy nowocześnie. Wniosek stąd, że nowoczesne leki są ważne, ale nie najważniejsze. Często gonimy za nowoczesnymi terapiami, zapominając o tym, co jest przyczyną i podstawą leczenia cukrzycy. Najlepszy lek nie rozwiąże problemu, ponieważ może go rozwiązać tylko bardzo ścisła współpraca chorego z lekarzem i edukacja pacjenta. To on musi wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Lekarz nie będzie stał za chorym i pilnował, co on je, co robi, w jaki sposób przyjmuje leki. Zakażenia, niegojące się rany, czyraki, zmiany skórne – to bardzo poważne powikłania, które wymagają kontroli i ścisłej współpracy chorego i pacjenta.

Kim byli Pani mistrzowie w medycynie?

Pierwszym był prof. Jakub Chlebowski, mój pierwszy szef. Dzięki jego pomocy zainteresowałam się diabetologią, dzięki niemu byłam na rocznym stypendium u prof. Maurice Dérot w L’Hotel Dieu. Bardzo mi pomógł prof. Artur Czyżyk. Ceniłam prof. Jana Tatonia, a także prof. Franciszka Kokota, od którego wiele się nauczyłam, np. metody oznaczania insuliny – jako druga osoba w Polsce wprowadziłam metodę oznaczania insuliny do praktyki klinicznej.

Największy sukces to?

Było ich wiele. Miałam szczęście do ludzi. Moim największym sukcesem są dzieci, wnuki, prawnuki. Sukcesem jest też to, że udało mi się w Białymstoku od podstaw zorganizować diabetologię. Miałam świetnych współpracowników, mam też wspaniałych uczniów i następców – 8 osób zrobiło u mnie habilitację, obecnie wszyscy są profesorami. To m.in. obecny rektor Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku – prof. Adam Krętowski; dziekan Wydziału Lekarskiego – prof. Irina Kowalska. Otrzymałam dwa tytuły doktora honoris causa – Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach: za stworzenie diabetologii w Białymstoku, za wprowadzenie oznaczania stężenia insuliny. Byłam zapraszana na wykłady do wielu krajów, m.in. do Związku Radzieckiego, Litwy, Białorusi. Koordynowałam trwające 10 lat badania w Polsce nad patogenezą cukrzycy typu 1.

Zorganizowała Pani w Białymstoku opiekę diabetologiczną – wcześniej wschód Polski był pod tym względem białą plamą. W Białymstoku odbył się pierwszy zjazd Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

W Towarzystwie Internistów Polskich funkcjonowała sekcja diabetologiczna, było w niej kilkuset lekarzy. Prof. Artur Czyżyk stwierdził, że to już najwyższa pora, by powstało towarzystwo diabetologiczne. Pierwszy zjazd odbył się w Białymstoku. Pierwszym przewodniczącym PTD został prof. Jacek Sieradzki. W późniejszych latach byłam zastępcą prezesa PTD; zgodnie z przyjętą wcześniej praktyką, powinnam potem zostać prezesem. Tak się jednak nie stało i muszę przyznać, że bardzo to przeżyłam. Później jednak powstało Polskie Towarzystwo Endokrynologiczne, którego zostałam przewodniczącą. W 2003 roku w Mikołajkach, w trakcie sympozjum poświęconego problemom kardiologicznym w cukrzycy, założyliśmy Polskie Towarzystwo Kardiodiabetologiczne, którego byłam przewodniczącą przez 10 lat.

A co w Pani życiu było najważniejsze?  

Rodzina, dzieci, ludzie, praca, diabetologia. Bardzo ważna była wiara. Dzięki niej przeżyłam Syberię. Nieraz w beznadziejnych sytuacjach ratowała mnie Matka Boska Ostrobramska. Ile razy w życiu stała mi się jakaś bieda, to zaraz potem spotykało mnie coś dobrego. Może na to sobie zasłużyłam? Gdy człowiek dobrze żyje, to ludzie odpłacają mu się dobrem. Miałam szczęśliwe życie.

————————————

Prof. zw. dr hab. n. med. Ida Kinalska w czasie wojny została deportowana do północnego Kazachstanu, gdzie przebywała od 1940 do 1946 roku. W roku 1959 z wyróżnieniem uzyskała dyplom lekarza. W 1980 roku objęła stanowisko kierownika nowo powstałej Kliniki Endokrynologii Akademii Medycznej w Białymstoku, którą zorganizowała od podstaw. Była m.in. przewodniczącą Oddziału Białostockiego Towarzystwa Internistów Polskich, wiceprzewodniczącą ZG Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, przewodniczącą ZG Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego i Polskiego Towarzystwa Kardiodiabetologicznego, przewodniczącą Komisji Diabetologii, Endokrynologii i Chorób Przemiany Materii Komitetu Patofizjologii Polskiej Akademii Nauk. Pełniła również funkcję konsultanta w dziedzinie interny, diabetologii i endokrynologii w województwie podlaskim.

(Rozmowa pochodzi z książki: Agnieszka Fedorczyk, Katarzyna Pinkosz, Leszek Czupryniak „Pół wieku diabetologii polskiej – rozmowy z Mistrzami”, wyd. PTD).

Arch. WUM

Prof. Wiesław Wiktor Jędrzejczak: W liczbie dawców szpiku możemy się równać z mocarstwami

Rozmowa z prof. Wiesławem Wiktorem Jędrzejczakiem, długoletnim szefem Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM w Warszawie, b. krajowym konsultantem w dziedzinie hematologii.

Czy wie Pan, że mówią o Panu „rewolucjonista”? Chodzi oczywiście o Pana działania związane z medycyną, a konkretnie hematologią. Pierwsze w Polsce udane przeszczepienie szpiku kostnego od dawcy rodzinnego, pierwsze przeszczepienie autologiczne. To faktycznie osiągnięcia na miarę rewolucji. Jak się Pan czuje jako rewolucjonista?

Z tymi osiągnięciami czuję się bardzo emocjonalnie związany, choć po drodze i później było jeszcze sporo innych. Zawsze szły one dwutorowo – jeden tor to osiągnięcia kliniczne, drugi – badawcze. Jeśli chodzi o ten pierwszy przeszczep, który miał miejsce w 1984 roku, to, jak zapewne zwykle bywa przy wszelkiego rodzajach pierwszych, innowacyjnych działaniach, temu wydarzeniu towarzyszyło wiele emocji. I ja, i cały mój zespół lekarzy z Wojskowej Akademii Medycznej bardzo to przeżywaliśmy, obciążenie psychiczne było ogromne. Biorczynią była 6-letnia Ola, obciążona chorobą genetyczną Diamonda-Blackfana, powodującą brak krwinek czerwonych. Ola miała w związku z tym już 60 przetoczeń krwi i zaczęła się u niej rozwijać marskość wątroby. Przeszczepienie szpiku to była dla niej ostatnia szansa. Dawczynią była jej zdrowa siostra.

Emocjom związanym z samym zabiegiem towarzyszyły jeszcze inne, całkiem niespodziewane, wówczas dramatyczne. Dziś mogą się wydawać wręcz kabaretowe.

Takim momentem – i absolutnie nie było nam wtedy do śmiechu – było wkłucie do dziewczynki, kiedy to naraz… rozleciała się igła. Składała się ona z rurki i uchwytu. Rurka została w ciele dziecka, a uchwyt w mojej dłoni. Na szczęście w trudnych sytuacjach nie tracę głowy. Spytałem, czy jest gdzieś w pobliżu hydraulik i czy może pożyczyć mi kombinerki. Znalazły się, pielęgniarka podała mi je przez chustę i wyjąłem tę część z ciała.

Przeszczepienie się udało, Ola wyzdrowiała. Kolejne przeszczepienia, nie zawsze zakończone sukcesem…

Pacjenci umierali wówczas nie tyle z powodu odrzucenia przeszczepu, ile dlatego, że kwalifikowaliśmy do nich bardzo ciężko chorych, znajdujących się praktycznie na granicy życia i śmierci. Z biegiem czasu sukcesów jednak przybywało. Przeszczepienie szpiku kojarzy się powszechnie głównie z białaczkami, ale jest ponad siedemdziesiąt pięć różnych chorób, w których ta metoda ratuje życie, m.in. w schorzeniach autoimmunizacyjnych. Klinika, którą przez wiele lat kierowałem, jako druga na świecie, a pierwsza w Europie, zaczęła stosować przeszczepianie szpiku w cukrzycy typu 1.

Podobno o tym, żeby zajmować się przeszczepianiem szpiku, myślał Pan jeszcze przed studiami.

To właśnie było powodem, dla którego wybrałem medycynę. Byłem wówczas pod wrażeniem prof. Georgesa Mathe z Francji, który przeszczepiał szpik ofiarom awarii jądrowej w Jugosławii w latach 60. ub. wieku. Moja droga do hematologii i przeszczepień nie była jednak tak prosta, głównie dlatego, że na WAM nie było kliniki hematologicznej.

Zanim zajął się Pan przeszczepianiem szpiku, leczył Pan chorych na raka płuca – i jako jeden z pierwszych w Polsce (choć niewykluczone, że jako pierwszy) metodą uznaną za, jakżeby inaczej, rewolucyjną.

Tym chorym podawałem duże dawki cytostatyków, jednocześnie badając kinetykę zmian we krwi podczas terapii. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy poważne zagraniczne czasopisma naukowe, takie jak „Strahlentherapie” czy „Haematologica” publikowały wyniki moich badań.

Na Pana działalność kliniczną, a i badawczą również,  nie bez wpływu pozostawał staż w renomowanych ośrodkach amerykańskich. I znowu muszę to powiedzieć: robił to Pan jako pierwszy.

Istotnie, byłem pierwszym oficerem Ludowego Wojska Polskiego, który pojechał na stypendium naukowe do ośrodka badawczego Marynarki Wojennej USA. Poznawałem tam m.in. techniki hematologii doświadczalnej, wykonywałem badania na komórkach macierzystych myszy i przeszczepienia u tych zwierząt. To była praca w „Science”. Potem był jeszcze jeden wyjazd, podczas którego udało mi się wyjaśnić mechanizm powstawania osteopetrozy, choroby polegającej na braku szpiku, co, jak się okazało, było spowodowane brakiem cytokiny, czyli czynnika regulującego powstawanie komórek. To odkrycie zostało opublikowane w „Journal of Experimental Medicine” i był to pierwszy w medycynie przypadek choroby o takim mechanizmie powstawania.

Jest Pan laureatem Nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, za prace na temat molekularnych i komórkowych mechanizmów powstawania krwi, został Pan uznany za najbardziej wpływową osobę polskiej medycyny w 2017 roku, w 2003 roku otrzymał Pan Medal Jędrzeja Śniadeckiego Polskiej Akademii Nauk – to tylko przykłady licznych wyróżnień, którymi był Pan honorowany. Ponadto jest Pan autorem lub współautorem ponad 30 książek i 300 prac naukowych. Lekarz, naukowiec, a przede wszystkim niezwykle ciepły człowiek. Powiedział Pan kiedyś: „Mam zawód, który polega między innymi na tym, że muszę się konfrontować z nieszczęściem”. Z tego, co wiem, pacjenci, jak również ich rodziny, uwielbiali Pana. Kierując Katedrą i Kliniką Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych CSK WUM, napatrzył się na wiele nieszczęść, ale też doświadczał Pan wielu satysfakcji. Jak dziś ocenia Pan stan polskiej hematologii, a szczególnie hematoonkologii?

Kiedy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego podsumował wyniki leczenia onkologicznego w Polsce na tle wyników z innych krajów europejskich, można było się załamać. Nasz kraj znalazł się na szarym końcu. Ale w leczeniu białaczek jesteśmy wśród krajów najbardziej rozwiniętych. W liczbie dawców szpiku mamy drugie miejsce w Europie, czwarte na świecie. To jest powód do satysfakcji. Pod tym względem możemy się równać z mocarstwami. Za sukces ostatnich dwudziestu lat uważam to, że przeszczepienia szpiku stały się powszechniejsze, że, jeśli można tak powiedzieć, „zbłądziły pod strzechy”. Dążyłem do tego przez te wszystkie lata, pełniąc funkcję krajowego konsultanta – i udało się.

Dziś, nie pełniąc funkcji administracyjnych, staram się nadal wspierać rozwój hematologii i przeszczepiania szpiku w Polsce. Zawsze chętnie służę swoim doświadczeniem i wiedzą.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Prof. Mirosław Ząbek: Otwiera się droga dla farmakoterapii mózgu

Mózg wypełnia się treścią w miarę dojrzewania, sytuacji, z którymi się konfrontujemy, relacji, które tworzymy, stanowisk, które zajmujemy. Ale sam z siebie mózg się nie ukształtuje – mówi prof. dr hab. n. med. Mirosław Ząbek, laureat Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za osiągniecia w medycynie w 2019 roku, kierownik Kliniki Neurochirurgii i Urazów Układu Nerwowego CMKP w Warszawie.

Ludzkie mózgi są takie same, a mimo to ludzie między sobą bardzo się różnią. Z czego to wynika? Czy potrafimy zrozumieć działanie mózgu? – to cytat z Pana studenckiego plakatu.

Rzeczywiście, na studiach, kiedy byłem szefem kółka neurochirurgicznego, zamieściłem napis: „Czy mózg człowieka jest wystarczająco sprawny, żeby zrozumieć mechanizmy własnej działalności? Czym się różnimy, mimo że mózgi są takie same co do kształtu, ciężaru, ukształtowania?”. Gdy rodzimy się, mózg jest jeszcze niezapisaną bryłą, potencjalnym narządem, który później będzie się doskonalił. Na pewno są w nim tendencje, które, nawet gdyby człowieka izolować, będą się rozwijały: ruch, czucie. Natomiast tu mówimy o emocjach, o tym, co się w tym człowieku ma wydobyć, kim będzie, czy np. będzie potrafił współczuć.

Myślę, że mózg wypełnia się treścią w miarę dojrzewania, sytuacji, z którymi się konfrontujemy, relacji, które tworzymy, stanowisk, które zajmujemy. Ale sam z siebie mózg się nie ukształtuje. Bo jeśli urodziłbyś się i nie miał lustra ani tafli wody, to nie wiedziałbyś, jaki masz kształt twarzy. Człowiek poznaje się dopiero poprzez identyfikację ze środowiskiem. I tworzy pewien wzorzec. Proszę zwrócić uwagę na małżeństwa – ludzie w nich najczęściej są do siebie bardzo podobni. Jak się patrzy na twarze małżonków, to oboje mają np. ostry nos. Dlatego że wygląd drugiej osoby zaakceptowany jest jako ten wzorzec, który już akceptujesz i chcesz go mieć. To taka moja teoria, ale myślę, że przez takie konfrontacje z rzeczywistością mózg się doskonali, kształtuje.

Czy to właśnie pociągnęło Pana do neurochirurgii?

Zawsze w życiu jest jakiś motyw, o którym się mówi, że coś spowodował. Ale też kieruje nami wiele przypadków. Przez długi czas na studiach nawet nie wiedziałem, że istnieje neurochirurgia. Jeden dzień zajęć w szpitalu na Banacha sprawił to, co zbiegło się z cierpieniem mojej mamy. Różne losy były po drodze, ludzie wyjeżdżali z kraju. Przed stanem wojennym byłem w Niemczech w klinice. Ale nie żałuję, że tędy poszła moja droga życiowa, bo dzięki temu wiele rzeczy udało się zdziałać i stworzyć.

Operacje na mózgu budzą powszechny respekt. Dotykając go, ryzykuje się życie innych – tak Pan swego czasu powiedział. Skąd u Pana żyłka hazardzisty?

Do bycia lekarzem, neurochirurgiem, trzeba być emocjonalnie przygotowanym. U jednego dojdzie do tego bardzo późno albo nigdy, inni dorastają emocjonalnie do brania odpowiedzialności wyjątkowo wcześnie. Nie należę do grupy ludzi, którzy podejmą się każdej operacji, zaryzykują. Jakie to jest ryzyko? Ma ono miejsce wtedy, gdy niedowład jest u chirurga, a nie u pacjenta. Wiadomo, że są operacje trudne, niebezpieczne, nie zawsze można operację przerwać w jakimś momencie. Natomiast tym, co powinno przyświecać lekarzowi przy wykonywaniu czynności, jest przede wszystkim postanowienie, żeby leczenie nie było bardziej niebezpieczne niż naturalny przebieg choroby.

Trudno to ocenić.

Myślę, że można to wiedzieć. Jeśli choroba, np. nowotworowa, jest zaawansowana, rozsiana i choremu pozostaje naprawdę niewielki fragment życia, to czy lekarz w trakcie jego ratowania ma spowodować, że ten czas będzie jeszcze krótszy i pogłębić niesprawność pacjenta? Na pewno nie z każdą chorobą wygramy. Natomiast dorośniesz zawodowo wtedy, kiedy do każdej operacji będziesz podchodził z przekonaniem, że gdybyś sam był chory, to chciałbyś, żeby ciebie tak zoperowano. Wtedy można naprawdę wiedzieć, że jest się dobrym lekarzem, chirurgiem i człowiekiem.

Ponad 3 tys. najtrudniejszych operacji przeprowadzonych przez Pana daje olbrzymie doświadczenie, ale można też wpaść w rutynę.

Tych zabiegów są już dziesiątki tysięcy. 3 tys. dotyczyło tętniaków mózgu, czyli jednych z bardziej skomplikowanych operacji. Ale nie da się wpaść w rutynę. Nowe technologie ciągle się rozwijają i bardzo ułatwiają nam pracę, stwarzają szansę na lepsze monitorowanie pacjenta. Wiele korzyści dają operacje na wybudzonym pacjencie. Usuwając guz znajdujący się blisko ośrodków mowy w mózgu, rozmawiamy z chorym w trakcie zabiegu, co pomaga oszczędzić obszary mowy i czucia operowanego.

Kilka lat temu widziałem efekt głębokiej stymulacji mózgu w chorobie Parkinsona. Chory nie mógł podnieść szklanki, a po chwili wykonał ten ruch bez problemu.

Tę metodę leczenia przywiozłem do Polski z USA w 1999 roku. Trik ze szklanką jest najbardziej przekonujący. W wybrane miejsce w mózgu wprowadzamy bardzo precyzyjnie cztery miękkie elektrody połączone z umiejscowionym pod skórą generatorem impulsu, pozwalające stymulować różne miejsca w mózgu. Za pomocą tych elektrod hamujemy aktywność neuronów, dzięki czemu ustępuje drżenie, zmniejsza się sztywność mięśni.

Nadal jednak mamy do czynienia z interwencją chirurgiczną na mózgu, czy nie byłaby łatwiejsza jego farmakoterapia?

Zmierza pan do tego, co praktycznie wydarzy się niebawem. Chorobę Parkinsona rozpoznano ponad 200 lat temu. Wiemy, co się w jej przebiegu dzieje, czego brakuje, ale nie wiemy, skąd ona się bierze. Nie można więc jej leczyć przyczynowo. W związku z tym, wiedząc, że w mózgu brakuje dopaminy, podajemy ją do żołądka w postaci eldopy, czyli sztucznej dopaminy, która, niezniszczona przez żołądek, musi przejść przez barierę krew-mózg i dostać się do mózgu. Takie jest założenie, ale potrzebujemy jej tylko w konkretnym miejscu, a w opisanej sytuacji zalewamy cały mózg lekiem.

Najlepiej obrazuje to chemioterapia, gdzie guz mamy w jednym miejscu, a kiedy chemioterapeutyk dostanie się do mózgu, działa szkodliwie na cały jego obszar. Chcemy, by działał tylko w jednym miejscu, jednak to dzisiaj jest jeszcze nieosiągalne, póki nie zastosuje się takich technik podawania leku prosto w konkretne miejsce. I rzeczywiście na świecie już się otwiera droga dla farmakoterapii mózgu. Taka terapia genowa jest w badaniach klinicznych i w niedalekiej przyszłości standardem w leczeniu nowotworów mózgu będzie podanie dopaminy tam, gdzie jej potrzeba. Natomiast podstawą leczenia choroby Parkinsona ciągle jest przyjmowanie tabletek. Dopiero w momencie gdy przestają działać, leczymy chirurgicznie.

Neurochirurgia zmierza w kierunku terapii genowej. Ratuje Pan w klinice dzieci z Hiszpanii, USA, Francji, o czym piszą światowe media.

O ile w chorobie Parkinsona brakuje dopaminy w odpowiednich strukturach, o tyle u  tych dzieci mamy do  czynienia z niedoborem genu dekarboksylazy L-aminokwasów aromatycznych. Jeśli ich brakuje, w mózgu nie powstaje dopamina i serotonina. Wiemy już, którego genu tym dzieciom brakuje i dzisiejszy przemysł genetyczny jest w stanie za pomocą technik inżynierii genetycznej wyprodukować (również w Polsce) kopię tego genu. Pozostaje kwestia, w jaki sposób go podać. Jako transporter wykorzystuje się wektor wirusowy, czyli fragment wirusa z grupy adenowirusów, które nie są chorobotwórcze. Dzięki powinowactwu łączy się on z wyprodukowanym genem. Żeby to wszystko widzieć, podaje się kontrast, taki jak stosowany w rezonansie magnetycznym. Do mózgu wprowadzane są specjalne kaniule. Wektor wirusowy wraz z genem widzimy dzięki podaniu kontrastu. Na początku trafiają w jedno miejsce, później rozprzestrzeniają się i wywołują aktywność w miejscach, w których jej nie było. Tej terapii rzeczywiście poddajemy dzieci z różnych krajów, wkrótce przyjadą następne.

Podobno Pana hobby to praca, ale w pewnym momencie organizm może powiedzieć „dość”, będzie potrzebował pomocy i co wtedy? Czy w jakiś sposób inwestuje Pan w siebie?

Ta część mojego życia jest zaniedbana. Powiedziałbym, że żyję rabunkowo w stosunku do własnego zdrowia, czego oczywiście nie powinno się zalecać ani popierać. Ciągle sobie mówię, że to już, że coś zmienię, choćby w zakresie żywienia, aktywności sportowej. Ciągle jakieś terminy są wyznaczane, ale jest tak, że  sobotnie obietnice mijają wraz z niedzielnym przebudzeniem. I życie się toczy jak dotychczas. Ale bez przerwy sobie obiecuję.

Pacjenci Pana potrzebują, mówią, że jest Pan wyjątkowy.

Wyjątkowość nie jest jednoosobowa. Trzeba tworzyć zespoły, ludzi, którym jednak trzeba zostawić swobodę kreatywności, swobodę intelektualną, żeby to nie były tylko nakazy. Żeby czuli, że zadania są delegowane, ale jednocześnie byli samodzielni. Nie mam wykształcenia w zarządzaniu zespołami ludzkimi, ale działam intuicyjnie. Przeczytałem króciutki artykuł o eksperymencie, w którym jednej grupie osób kazano wykonać zadanie. Jeśli zrobią to szybko, dostaną nagrodę finansową. Drugiej grupie powiedziano, że chodzi tylko o ocenę, ile czasu potrzeba na wykonanie zadania. I zwycięzcami byli nie ci, którzy mieli obiecane pieniądze, ale ci, którzy nie spodziewali się nagrody, bo nie koncentrowali się na wygranej, ale myśleli kreatywnie. Wniosek z tego jest taki, że motywacja finansowa może działać przy wyrębie lasu, budowie domu, czyli prostych czynnościach. Natomiast w relacjach, jakie my tworzymy, trzeba pozwolić ludziom na samodzielność. Musi być jakiś „ojciec” całości, który wyznacza kierunki i otwiera drzwi, ale zespół jest najważniejszy. Myślę, że siła jakiejkolwiek organizacji jest mierzona siłą najsłabszego ogniwa. Jeśli złamie się jeden element w zegarku, to cały mechanizm będzie szwankował. Póki co, jakoś się tak fajnie udaje.

Rozmawiał Ryszard Sterczyński

„Wirtualna przychodnia PZU Zdrowie – nagroda zaufania Złoty OTIS 2020 za wprowadzenie pierwszego w Polsce projektu elektronicznej ochrony zdrowia.

Telekonsultacja z  lekarzem– doskonałe rozwiązanie dla  pacjentów

Telemedycyna to rozwiązanie nie tylko nowoczesne, ale bardzo często po prostu praktyczne i pomocne w codziennym życiu. Coraz częściej pojawia się w systemie ochrony zdrowia na różnych etapach diagnostyki terapii – z pożytkiem dla pacjentów. Obecnie, dzięki wirtualnej przychodni PZU, lekarz jest  w stanie przeprowadzić wywiad z pacjentem lub przepisać receptę na leki z dowolnego miejsca.

Kontakt z lekarzem na odległość i uzyskanie fachowej porady bez konieczności przyjeżdżania do przychodni, niekiedy z odległej miejscowości, to doskonałe rozwiązanie dla wielu osób. Dostęp do lekarza jest dziś często niełatwy, co dotyczy także placówek prywatnych. Tymczasem pacjenci często potrzebują po prostu przedłużenia recepty przy leczeniu schorzeń przewlekłych. Niekiedy też zastanawiamy się, czy nasza dolegliwość jest błaha i wystarczy pozostanie w domu, czy musimy pilnie zwrócić się do lekarza specjalisty. Zdarza się, że trudno nam jechać do przychodni z małymi dziećmi lub osobą starszą i niepełnosprawną. Czasem problemy zdrowotne dopadają nas w trakcie pobytu za granicą i potrzebujemy porady.

Z pomocą w podobnych sytuacjach przychodzi wirtualna przychodnia PZU. Grupa PZU od kilkunastu lat jest obecna na rynku prywatnej opieki medycznej z siecią placówek własnych, a także z ponad 2200 placówkami współpracującymi. Ma wieloletnie doświadczenie właśnie w zakresie telemedycyny. Obecnie całodobowa infolinia PZU organizuje wizyty lekarskie w prawie 600 polskich miastach.

Jak to działa w praktyce?

W każdej chwili, z dowolnego miejsca, lekarz jest w stanie przeprowadzić wywiad z pacjentem, przepisać leki na receptę, omówić wyniki badań lub niepokojące objawy. Jeśli to konieczne, wystawi skierowanie lub zwolnienie lekarskie. Taka zdalna konsultacja jest dobrym rozwiązaniem nie tylko wtedy, gdy pilnie potrzebujemy porady lekarza, ale też w przypadku, gdy potrzebujemy skierowania na badanie, które lekarz wyda na podstawie wywiadu, bądź przedłużenia recepty lub omówienia wyników badań.

Do pacjenta należy wybór sposobu konsultacji. Możliwości jest kilka: telefon, czat online, wideo czat. Czas oczekiwania na telekonsultację z internistą lub pediatrą może wynieść od minuty do dwóch godzin, przy czym średnio jest to 15 minut. Po zakończonej konsultacji pacjent otrzymuje podsumowanie wizyty i zalecenia. Jeśli będzie miał co do nich wątpliwości już po zakończeniu e-wizyty, będzie mógł skonsultować się z lekarzem ponownie w ciągu 24 godzin.

Przepisane leki pacjent zamawia w wybranej aptece, która poinformuje, kiedy będą do odbioru. Zdalnie skonsultować można się z lekarzami kilkunastu specjalizacji, m.in. ginekologiem, dermatologiem, dietetykiem, położną.

W ramach telekonsultacji nie są wystawiane skierowania na badania radiologiczne, jak RTG, TK czy MRI, i endoskopowe, jak gastroskopia czy kolonoskopia.

E-wizytę można wykupić dla siebie lub dla innej osoby, np. dziecka. Zapłacić za nią można kartą płatniczą, szybkim przelewem lub BLIK-iem.

Jak wynika z dotychczasowych statystyk, wirtualna przychodnia PZU cieszy się zainteresowaniem szczególnie wśród rodziców: najczęściej wybieranymi rodzajami konsultacji są porady pediatryczna i internistyczna, inne to: porada endokrynologiczna, ginekologiczna i dermatologiczna. Tego rodzaju konsultacje związane są często z interpretacją wyników badań, ewentualnie z przedłużeniem recept na leki przyjmowane przewlekle. Największą grupę pacjentów wśród osób korzystających z e-wizyt, stanowią 30-latkowie, jednak rozpiętość wieku wśród pacjentów waha się od 20. do 50. roku życia.

Opr. HS

Prof. Leszek Czupryniak: Nie wystarczy dobrze leczyć, trzeba też dobrze zorganizować leczenie

Praca diabetologa często wymaga wyjścia poza teren szpitala, również do mediów, żeby mówić o cukrzycy, a także brania udziału w kampaniach edukacyjnych – mówi prof. Leszek Czupryniak, laureat Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020, za odwagę i skuteczność we wprowadzaniu przełomowych rozwiązań w zdrowiu publicznym oraz całokształt dokonań naukowych i edukacyjnych.

Panie Profesorze, od wielu lat leczy Pan chorych na cukrzycę, ale też od zawsze angażował się Pan w szereg akcji zmierzających do poprawy leczenia pacjentów – myślę tu o wieloletnich staraniach o udostępnienie nowoczesnych leków przeciwcukrzycowych – a także w kampanie dotyczące przeciwdziałaniu cukrzycy. Był Pan szefem PTD, działa Pan od lat w EASD (Europejskim Stowarzyszeniu ds. Badań nad Cukrzycą). Skąd ta żyłka edukatora społecznika? Czy diabetolog musi ją mieć?

Każdy lekarz taką żyłkę musi mieć, zwłaszcza jeśli zajmuje się chorobami przewlekłymi, jak cukrzyca. Cukrzyca typu 2 jest w prostej linii powikłaniem nadwagi i otyłości. To choroba, która przez długi czas nie daje żadnych objawów, choć wysokie stężenie cukru we krwi już niszczy naczynia krwionośne. To choroba społeczna, bardzo egalitarna, dotyczy osób w każdym wieku. Diabetologów można w pewien sposób porównać do lekarzy, którzy na początku XX wieku zajmowali się leczeniem chorób zakaźnych, będących wówczas największym wyzwaniem medycyny. Lekarze szukali wtedy nie tylko sposobów leczenia, ale też zapobiegania rozprzestrzenianiu się tych chorób, dbając o higienę, kanalizację, budując szpitale. Tacy lekarze jak np. Tytus Chałubiński czy Seweryn Sterling nie tylko leczyli, ale też zajmowali się poprawą warunków sanitarnych, leczenia w szpitalach.

Na początku XX wieku niesprzyjające warunki powodowały rozwój chorób zakaźnych; z tego powodu ludzie umierali. Problemy zdrowotne, z którymi dziś borykamy się u naszych pacjentów, są również spowodowane niesprzyjającymi warunkami życia, co powadzi do rozwoju nadwagi, otyłości i cukrzycy typu 2. Czasem używam sformułowania, że cukrzyca typu 2 jest „kiłą XXI wieku”. Na swój sposób cukrzyca jest bowiem chorobą zakaźną: najczęściej gdy rodzice są otyli, otyłe są również dzieci, co prowadzi do cukrzycy.

Skąd u Pana ta żyłka społecznika?

Już w okresie licealnym trochę działałem w podziemiu (był to okres stanu wojennego), byłem też przewodniczącym klasy, a potem na studiach starostą roku. Starałem się rozwiązywać problemy, które były wokół mnie, reprezentowałem klasę, rok studiów. Podobnie zadziało się w diabetologii. Przykład: gdy objąłem stanowisko kierownika Kliniki Diabetologii WUM, zauważyłem, że często trafiali do nas chorzy z pobliskiego DPS-u z wysokimi stężeniami cukru. Zorientowaliśmy się, że przyczyną jest to, że nie byli w odpowiedni sposób leczeni insuliną. Zadzwoniłem do dyrektor tej placówki z pytaniem, czy może moglibyśmy im pomóc. Pani dyrektor chętnie się zgodziła, dlatego razem z pielęgniarką edukacyjną poszliśmy do DPS-u, przyjrzeliśmy się, jak wygląda mierzenie cukru, podawanie insuliny, wskazaliśmy, co można poprawić w leczeniu chorych, a potem nasza pielęgniarka przeszkoliła tamtejszy personel. Problem został rozwiązany.

Medycyna taka jest: nie wystarczy dobrze leczyć, trzeba też dobrze zorganizować leczenie. Praca diabetologa często wymaga wyjścia poza teren szpitala, również do mediów, żeby mówić o cukrzycy, a także brania udziału w kampaniach edukacyjnych.

Pomoc w DPS-ie to w pewien sposób działanie lokalne, jednak działa Pan bardzo szeroko, także jeśli chodzi o zdrowie publiczne. Był Pan jedną z osób, które wypowiadały się za wprowadzeniem podatku cukrowego. Dlaczego tak ważne jest, żeby pieniądze z tego podatku zostały przeznaczone na walkę z cukrzycą, zapobieganie i leczenie otyłości?

Jeśli nie będą na to przekazane, to tak jakbyśmy w przypadku pożaru wyprowadzili wozy strażackie, ustawili strażaków, tylko dalibyśmy im zaledwie tyle wody, że starczyłoby jej na ugaszenie tego jednego pożaru, a już następnych – nie.

Celem wprowadzenia podatku cukrowego jest utrudnienie dostępu do słodkich płynów, zniechęcenie do ich kupowania. Podobnie jak akcyza na papierosy. Picie słodkich gazowanych napojów nie jest nikomu potrzebne; miło smakują, szczypią w śluzówki jamy ustnej, na chwilę orzeźwiają, jednak w konsekwencji szkodzą, podobnie jak palenie papierosów.

Koncepcja podatku cukrowego jest dwuczęściowa. Po pierwsze, ma on zniechęcić do kupowania – poprzez podniesienie cen. Po drugie, pieniądze z podatku powinny być przeznaczone na „gaszenie pożaru”, a w zasadzie na zapobieganie kolejnym „pożarom”. Trzeba pokazać społeczeństwu: tyle zyskaliśmy na wprowadzeniu podatku cukrowego, przeznaczamy to teraz na konkretne cele związane z nadwagą i otyłością. Trzymając się analogii z pożarem: trzeba nie tylko go gasić, ale też robić wszystko, by pożarów było jak najmniej. Nie wystarczy, żeby ludzie kupowali mniej słodkich napojów, muszą też wiedzieć, dlaczego. Podatek cukrowy ma duże walory edukacyjne, temat nadmiernego spożycia węglowodanów prostych pojawił się w przestrzeni publicznej. Trzeba też pokazać, że to jest część pewnej całości, nasze zdrowie zależy od tego, co jemy, czy jesteśmy aktywni fizycznie, w jakich warunkach pracujemy. Ważne jest też leczenie osób otyłych. Medycyna już dawno uznała, że otyłość jest chorobą, powiedzenie „jedz mniej, więcej się ruszaj” osobie, która ma istotną otyłość, nie pomaga, trzeba szukać innych rozwiązań, poprzez leczenie farmakologiczne do operacji bariatrycznych. Musi to być kompleksowo zorganizowane, finansowane. Otyłość to choroba przewlekła, dlatego podobnie jak funkcjonują poradnie diabetologiczne, trzeba też stworzyć poradnie leczenia otyłości i dobrze zorganizowany model opieki.

Wszystko jednak zaczyna się od nadmiernej podaży kalorii, a jesteśmy nieustannie atakowani reklamami żywności. Podatek cukrowy to próba zablokowania jednej z dróg, która prowadzi do otyłości.

Sam podatek to jednak za mało, często powtarza Pan, że potrzebna jest cała strategia walki z otyłością.

Tak, to musi być strategia rozpisana na dekady, podobnie jak strategia onkologiczna czy strategia walki z chorobami układu krążenia. Elementarna uczciwość rządzących wobec społeczeństwa wymaga przeznaczenia pieniędzy z podatku cukrowego na walkę z cukrzycą i otyłością. Zawieramy pewną umowę: płacimy więcej, ale pieniądze przeznaczymy na sprawy ważne dla społeczeństwa.

Często Pan podkreśla, że jest Pan „zwykłym lekarzem”, choć słowo „zwykłym” nie jest adekwatne, biorąc pod uwagę działalność społeczną i edukacyjną. A jeśli chodzi o działalność naukową: co jest najważniejsze i najciekawsze w cukrzycy?

W Polsce niewielu lekarzy kończy studia medyczne z myślą o byciu uczonym. Ja miałem bardzo prostą motywację, wybierając studia medyczne: praca lekarza zapewnia możliwość wykonywania dobrych uczynków… w godzinach pracy. Większości pacjentów dziś udaje się pomóc i to daje satysfakcję. W miarę jednak, gdy coraz głębiej wchodzi się w daną dziedzinę, a zwłaszcza pracuje się w ośrodku akademickim, dostrzega się coraz więcej ciekawych zagadnień. W Polsce, choć widać pewną poprawę w finansowaniu i organizacji badań naukowych, to jednak nadal wykonujemy zwykle takie badania, jakie możemy, będąc w określonych warunkach. Dla lekarza zawsze zresztą najważniejsze będzie to, żeby pomóc pacjentowi. W diabetologii jest jednak wiele bardzo interesujących zagadnień, np. z czego bierze się cukrzyca typu 1, co powoduje, że komórki produkujące insulinę ulegają zniszczeniu, dlaczego nie potrafimy tego procesu zatrzymać. W cukrzycy typu 2 bardzo ciekawym zagadnieniem jest cały obszar związany z terapią, m.in. jaki jest mechanizm działania leków, dlaczego niektórym pacjentom do kontrolowania cukrzycy wystarczają niewielkie dawki insuliny, a inni potrzebują jej kilka razy więcej, choć niemal nie różnią pod względem wieku i masy ciała; dlaczego jeden pacjent już po kilku latach ma zawał serca lub uszkodzone nerki, a inny, mimo że choruje 40 lat, nie ma żadnych powikłań. Obecnie w klinice realizujemy kilka ciekawych badań, na które otrzymaliśmy granty. Jedno z nich dotyczy grupy chorych z cukrzycą po usunięciu trzustki: sprawdzamy, czy lepiej u nich działają insuliny ludzkie, czy analogowe. Prowadzimy też badania nad stworzeniem pewnego rodzaju nakładki do wstrzykiwacza do insuliny dla pacjentów niewidomych, która będzie głosowo informowała o tym, ile jednostek insuliny znajduje się we wstrzykiwaczu. Na drukarkach 3D mamy już wydrukowane prototypy tego urządzenia, teraz czas na badania u pacjentów, czy to rozwiązanie się sprawdza. Gdy pracowałem w Łodzi, realizowaliśmy badania oceniające korzyści płynące ze stosowania ciągłego monitorowania glikemii w cukrzycy typu 2, mając na celu zmniejszenie ryzyka hipoglikemii w tej grupie chorych.

Według mnie najważniejsze są właśnie tego typu badania naukowe: lekarz zauważa problem, a następnie poszukuje sposobu, by go rozwiązać. To nauka, która przynosi bezpośrednie korzyści pacjentom; pełni rolę służebną w stosunku do leczenia. Takie badania można jednak przeprowadzać, gdy ma się stały kontakt z pacjentami, któremu ponadto towarzyszy pogłębiona refleksja.

Dlaczego właściwie wybrał Pan diabetologię jako specjalizację?

Jak to często bywa, zadecydował przypadek, choć diabetologia od początku wydawała mi się bardzo ciekawą specjalizacją: cukrzyca to choroba, która dotyczy całego organizmu i dotyka każdego aspektu życia, gdyż wysokie stężenie cukru atakuje wszystkie narządy. Nie żałuję tego wyboru: wielu pacjentów znam już ponad 20 lat, często wiem o nich więcej niż ich najbliżsi. Każdy człowiek – niezależnie, czy i jaką ma rodzinę oraz przyjaciół – choruje w samotności, tylko on wie, co go boli, jak cierpi. A ja mogę w pewnym stopniu zrozumieć, jak on się czuje, mogę mu też powiedzieć, co prawdopodobnie będzie się działo, jeśli postąpimy w określony sposób. Często pacjenci opowiadają nam swoje życie. Zdarza się, że po wyjściu chorego z gabinetu muszę na chwilę zostać sam, ochłonąć.

Ciemną stroną tej specjalizacji jest sytuacja, gdy po dekadach pracy widzi się pogarszający się stan zdrowia chorych, znanych od 15-20 lat. I niewiele można zrobić, bo jednak choroba postępuje, rozwijają się powikłania. To jest przykre, zwłaszcza że pacjent ma nadzieję, że mu pomożemy, ale nie zawsze to się udaje, bo choroba ma swój przebieg. Kiedy jeszcze byłem na studiach, uznałem, że nie będę odmawiać pomocy, gdy ktoś się do mnie o nią zwróci. Nie zawsze to jest możliwe, choć próbuję to robić, widząc, jak często chorzy odbijają się od systemu ochrony zdrowia, który ciągle jest wrogi tak wobec pacjenta, jak i lekarza, pielęgniarki czy innych pracowników ochrony zdrowia.

A satysfakcja? Zwykle jestem sceptyczny wobec tego, ile można będzie danej osobie pomóc, ale gdy przychodzi zaniepokojony swoim stanem pacjent, rozmawiam z nim, uspokajam, wypisuję receptę, a on za jakiś czas pisze do mnie: „Leczenie pomaga!” (z wykrzyknikiem) i prosi o receptę, to mogę mówić o satysfakcji.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

PROF. LESZEK CZUPRYNIAK, SPECJALISTA CHORÓB WEWNĘTRZNYCH I DIABETOLOGII, KIEROWNIK KLINIKI DIABETOLOGII I CHORÓB WEWNĘTRZNYCH WUM,W LATACH 2011-15 PREZES POLSKIEGO TOWARZYSTWA DIABETOLOGICZNEGO, W LATACH 2013-17 KIEROWAŁ KOMITETEM KSZTAŁCENIA PODYPLOMOWEGO EASD I BYŁ CZŁONKIEM ŚCISŁEGO ZARZĄDU EASD.

Prof. Janusz Heitzman: Psychiatra to nie zegarmistrz, nie dokręci dziecku popsutych śrubek w głowie

Reformy nie dokona trzystu psychiatrów. To problem narastający, ponieważ ok. 15% młodzieży, czyli ok. 1,5  miliona osób, wymaga stałego wsparcia psychologicznego – mówi prof. Janusz Heitzman, laureat Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za reformowanie polskiej psychiatrii i pasję w walce z depresją wśród dzieci i młodzieży.

Jest Pan w gronie tegorocznych laureatów Nagrody Zaufania „Złoty OTIS” 2020. Został Pan nagrodzony za reformowanie polskiej psychiatrii i pasję w walce z depresją wśród dzieci i młodzieży. Jak Pan odebrał tę wiadomość?

To dla mnie bardzo cenne wyróżnienie. Choć na co dzień zajmuję się reformowaniem psychiatrii sądowej jako pełnomocnik ministra zdrowia i kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, w weekendy wciąż przyjmuję w publicznej ochronie zdrowia pacjentów, również tych wchodzących w dorosłe życie. Cieszę się, że mam tę umiejętność, która pozwala mi nawiązać kontakt z młodymi ludźmi, rozmawiać z nimi wprost o tym, co ich boli. Nie boję się trudnych rozmów i ubolewam, że często rodzice i nauczyciele nie umieją podejmować tego typu kontaktu z dziećmi. W swojej pracy przyjmuję też bardzo młodych pacjentów – zdarza się, że i dziesięciolatków, bo brakuje lekarzy psychiatrów specjalności dziecięco-młodzieżowej i trudno kogoś odesłać z terminem 10 miesięcy oczekiwania do specjalisty.

Ilu jest obecnie psychiatrów?

W systemie jest ich ok. 350. To luka, która wymagałaby wielokrotnego uzupełnienia. W większości trafiają do mnie przypadki skrajne, dzieci w sytuacji zagrożenia życia, z myślami samobójczymi lub po próbach odebrania sobie życia. Wymagają szybkiej diagnozy, czy mamy do czynienia z psychozą, depresją młodzieńczą, czy konieczna jest hospitalizacja i włączenie leczenia farmakologicznego. Konieczne wsparcie dla psychiatrów stanowią psychologowie, którzy są niezwykle potrzebni, by jeszcze wcześniej wyczuć sytuację zagrożenia, zareagować na kryzys.

Skąd u Pana ta pasja? Wielokrotnie mówił Pan, że psychiatria to niewdzięczna i kiepsko opłacana specjalizacja.

To się zaczęło przypadkowo. Skończyłem studia w Krakowie, w klinice prowadzonej wcześniej przez prof. Antoniego Kępińskiego, wśród jego współpracowników. Pracowałem tam od trzeciego roku studiów i wówczas utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobry wybór. Miałem bardzo dobrych nauczycieli i kolegów. Wówczas inaczej patrzyło się na relację lekarz-pacjent. Tam ta relacja była partnerska, dużą rolę odgrywał szacunek dla drugiego człowieka. Patrzenie na problematykę zdrowia psychicznego człowieka jako problem innego życia, ale nie życia z innej planety. Takiego, które jest w nas, czasami wymyka się spod kontroli i staje się chorobą, w której należy pomóc. Nigdy nie traktowałem tego wyboru jako pomyłki, choć był czas, że myślałem o specjalnościach zabiegowych. Należałem do grupy dość dobrych studentów i nawet po studiach dostałem kilka ofert pracy na swojej uczelni, z kilku klinik. Na stażu wykonywałem drobne zabiegi jako asystent. I na ginekologii, i ortopedii. Ostatecznie zdecydowałem się na psychiatrię, choć niektórzy pukali  się w głowę. Ale to dało mi w życiu ogromną satysfakcję.

Ma Pan czas na inne zainteresowania?

Nie ograniczam się do nauki   i książek. Czynnie uprawiam sport. Jestem dość zaawansowanym nurkiem, schodzę pod wodę na głębokość 50 metrów. Od wielu lat startuję w zawodach pływackich na mistrzostwach lekarzy, zdobywam medale. Oprócz tego żegluję.

Regularnie występuje Pan w roli eksperta w programach telewizyjnych. Jak Pan znajduje na to wszystko czas?

Wystąpiłem w kilkudziesięciu odcinkach „Rozmów w toku” prowadzonych przez Ewę Drzyzgę i od tego tak naprawdę zaczęła się przed laty moja aktywność medialna. Ostatnio też częściej goszczę w „Sprawie dla reportera” u Elżbiety Jaworowicz. Nie zawsze wystarcza mi na wszystko czasu, bo do tego mam wiele tekstów do napisania. Staram się być tam, gdzie mnie potrzebują, uczestniczę od lat w wielu akcjach społecznych popularyzujących zdrowie psychiczne i walkę z depresją.

Spróbujmy poruszyć kwestię zarobków. Od lat alarmuje Pan o niskich pensjach psychiatrów. Jak ich zachęcić do pracy w tym zawodzie?

Pieniądze to nie wszystko, trzeba przede wszystkim mieć powołanie, czuć to. Ale oczywiście należałoby wyrównać wynagrodzenia lekarzy, by nie było dziwnych kominów, że jeden specjalista z trudem wiąże koniec z końcem, dorabiając na pięciu etatach, a inny powie, że jak mu nie zapłacą 60 tys. zł, to nie przyjdzie do pracy. Bo czym my się różnimy? Być może też mógłbym być świetnym neurochirurgiem, ale wybrałem coś innego. Nie liczyłem pieniędzy.

Co powinno się zmienić, żeby psychiatria dziecięca wyszła z zapaści?

Reformy nie dokona trzystu psychiatrów. To problem narastający ponieważ, ok. 15 proc. młodzieży, czyli ok. półtora miliona osób, wymaga stałego wsparcia psychologicznego. Konieczne są nowe kadry, nowe specjalności, psychoterapeuci dzieci i młodzieży, trzeba edukować rodziców poprzez szkołę – pedagogów i nauczycieli, a wcześniej ich przez specjalistów. Konieczny jest nowy system przedlekarskiej interwencji psychologicznej i psychoterapeutycznej Najważniejsze, żeby osiągnąć wspólny cel pomiędzy różnymi ośrodkami wpływu na rozwój młodego człowieka. Nie chodzi o to, by kształtować dzieci według schematu opracowanego przez światłych psychiatrów czy psychologów. To, jakie będą nasze dzieci, zależy od tego, co się dzieje w naszych rodzinach i jak funkcjonuje system edukacji. Psychiatria ma na to bardzo ograniczony wpływ, ale obserwując te sfery wiemy, gdzie są popełniane błędy. Dziecko nie powinno być problemem dla rodzica czy szkoły, ale ich wymagającą stałego wspierania troską. Niekiedy czujemy się jak na końcu pasa transmisyjnego, którym szkoła lub rodzic wysyła do nas dziecko, bo nie potrafi z nim rozmawiać. Psychiatra to nie zegarmistrz, nie dokręci dziecku popsutych śrubek w głowie.

Jakie narzędzia powinien otrzymać psychiatra, żeby działać skutecznie?

Do tej pory zupełnie nie rozumiano problemu, bo tu nie chodzi o dodatkowe łóżka na nielicznych oddziałach. Dzieci nie powinny trafiać do szpitali w stanach skrajnych, po próbach samobójczych. Temu można i trzeba zapobiegać wcześniej. Szpitalne psychiatryczne łóżko nie wyleczy problemu komunikacji, bezradności młodego człowieka z powodu niemożności spełnienia oczekiwań szkoły czy rodziców, zaszczucia go przez hejt i rówieśniczą przemoc. W 2018 r. minister zdrowia powołał Zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Opracowaliśmy nowy system, z naciskiem położonym na wczesną interwencję psychologiczno-psychoterapeutyczną i opiekę środowiskową. Przyjęliśmy, że pomoc lekarska nie jest najważniejsza, bo to system wczesnej interwencji, poprzez nowo tworzone poradnie psychologiczno-psychoterapeutyczne, ma być zainteresowany tym, by wyszukać obszary zagrożeń, znaleźć osoby wymagające pomocy, podjąć terapię. Im więcej odkryje i rozwiąże kryzysów wśród młodych ludzi, tym więcej zarobi. A do tego wcale nie jest potrzebny lekarz, lecz psycholog, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, terapeuta środowiskowy. To oni muszą walczyć na pierwszej linii, bo inaczej nas psychiatrów wciąż czeka syzyfowa praca.

Rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska

PROF. IPIN DR HAB. N. MED. JANUSZ HEITZMAN – PEŁNOMOCNIK MINISTRA ZDROWIA DS. PSYCHIATRII SĄDOWEJ, KIEROWNIK KLINIKI PSYCHIATRII SĄDOWEJ W INSTYTUCIE PSYCHIATRII I NEUROLOGII, CZŁONEK KOMITETU ZDROWIA PUBLICZNEGO PAN, 2016-2020 DYREKTOR IPIN, 2010-2013 PREZES POLSKIEGO TOWARZYSTWA PSYCHIATRYCZNEGO, AKTUALNIE WICEPREZES, CZŁONEK POWOŁANEGO PRZEZ MINISTRA ZDROWIA ZESPOŁU DO SPRAW ZDROWIA PSYCHICZNEGO DZIECI I MŁODZIEŻY I ZESPOŁU DS. PILOTAŻU NARODOWEGO PROGRAMU OCHRONY ZDROWIA PSYCHICZNEGO.

Prof. Teresa Bachanek: Zdrowe zęby to zdrowy pacjent

Praca stomatologa jest bardzo ciekawa, pod warunkiem że nie patrzymy na pacjenta przez pryzmat jednego zęba, ale na całość organizmu. Zawsze powtarzam, że jeden ząb to drobna część całości. Jeżeli dbamy o zęby, mamy satysfakcję w postaci dobrego ogólnego stanu zdrowia oraz wyglądu zewnętrznego, na który zwraca się uwagę w relacjach międzyludzkich – mówi prof. dr hab. n. med. Teresa Bachanek, laureatka Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za dorobek życia w stomatologii.

W grudniu udekorowano Panią Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Gratulujemy. W uzasadnieniu podano: „Za wybitne zasługi w pracy naukowo-dydaktycznej na rzecz ochrony i profilaktyki zdrowia oraz za działalność społeczną”. Który z tych elementów kariery był dla Pani najważniejszy?

Odpowiedź jest złożona, dlatego że moja praca zawodowa obfitowała w wiele wydarzeń, jak to w życiu. Konieczne byłoby podzielenie jej według pewnych kryteriów, ale uwzględniłabym szczególnie jeden, czyli wiek pacjentów, z którymi pracowałam. Początkowo, krótko, z dorosłymi w przychodni WSK Świdnik, następnie prawie 15 lat z dziećmi i młodzieżą, ale głównie z dziećmi w szkole podstawowej i w instytucie stomatologii. Ten okres pracy w szkole podstawowej wspominam najprzyjemniej, bo była to moja pierwsza i samodzielna praca, nie w dużym mieście czy klinice, ale w Świdniku. To dawało mi wiele satysfakcji.

Dlaczego?

Lata 70. były trudnym czasem w pracy stomatologów. Uczyliśmy dzieci podstawowych zasad higieny jamy ustnej. Bywało tak, że w kilkuosobowej rodzinie była jedna szczoteczka do zębów. Kiedy pytałam dziecko, dlaczego ma nieumyte zęby, odpowiadało, że tata pojechał w delegację i zabrał szczoteczkę. Nie jest to może sytuacja, która mówiłaby o wielkim zaniedbaniu, bardziej o warunkach, jakie wtedy panowały, a wynikała pewnie z niedoceniania roli higieny jamy ustnej. Dostrzegłam, jak wiele jest do zrobienia. W sukurs przyszły mi wprowadzane, do stosowania w szkołach podstawowych, preparaty fluorowe i metody zbiorowej profilaktyki. Miało to tę zaletę, że mogliśmy objąć zabiegami profilaktycznymi większą grupę dzieci, przy okazji prowadząc naukę i kontrolę jakości szczotkowania zębów pięć razy w roku. Dowodem tego, że moje działanie przynosiło efekt, były spotkania po latach, w gabinecie prywatnym, z młodymi ludźmi, którzy mówili „O, proszę pani, jeszcze mam zdrowe zęby”, chwaląc się rezultatami tamtej profilaktyki. Wracali też do gabinetu ze swoimi dziećmi, co świadczyło o tym, że praca u podstaw przynosi efekty.

Która z tych sytuacji dała Pani najwięcej satysfakcji?

Nie odpowiem na pytanie wprost, ale podkreślę, że praca stomatologa jest bardzo ciekawa, pod warunkiem że nie patrzymy na pacjenta przez pryzmat jednego zęba, ale na całość organizmu. Zawsze powtarzam, że jeden ząb to drobna część całości. Zdrowe zęby to zdrowy pacjent – banalne hasło, ale bardzo prawdziwe. Jeżeli dbamy o zęby, mamy satysfakcję w postaci dobrego ogólnego stanu zdrowia oraz wyglądu zewnętrznego, na który zwraca się uwagę w relacjach międzyludzkich. Od wyglądu zewnętrznego, a więc i stanu uzębienia, zależy w pewnym stopniu kariera. Obecnie dba się szczególnie o kolor zębów, choć moim zdaniem za bardzo gloryfikuje się kredową biel. Dobrze zmineralizowane zęby mogą mieć delikatny kremowy odcień. Ważne, by były wyleczone, a ewentualne wypełnienia były kosmetyczne i nie różniły się od koloru własnych zdrowych zębów. Jeżeli potraktujemy pacjenta poważnie, przedstawimy mu plan leczenia i wykonamy wszystko, co jest w zakresie naszych możliwości, obie strony będą zadowolone.

Czy młodzi ludzie potrafią dziś lepiej dbać o zęby niż 10-15 lat temu?

Możliwości mamy więcej, ale wiele zależy od tego, w jakich wyrośli warunkach, choć bywa i odwrotnie, niż można przypuszczać: warunki życia są dobre, a obraz jamy ustnej po- zostawia wiele do życzenia. Czy dziś jest lepiej niż dawniej? Trudno powiedzieć, chociaż powinno być lepiej. Z badań epidemiologicznych sprzed dwóch lat wynika, że w grupie dzieci 12-letnich średnia liczba zębów z próchnicą i wypełnionych wynosiła 3,2; natomiast próchnicę stwierdzono w grupie 83 proc. badanych (gorzej przedstawiała się sytuacja na wsi); w grupie 18-latków zęby z próchnicą stwierdzono u 93 proc. badanych, a suma zębów z próchnicą, wypełnionych i usuniętych u jednego badanego wyniosła średnio 6,5. W grupie wiekowej 35-44 lat około 1,5 proc. osób w populacji było bezzębnych. Ten stan jest wynikiem niedostatecznej higieny jamy ustnej, złych nawyków żywieniowych oraz zaniedbanych przez pacjentów badań kontrolnych. Odstęp czasu pomiędzy kolejnymi badaniami kontrolnymi wynoszący od roku do 5 lat to zły prognostyk dla stanu uzębienia.

Choroby zębów prowadzą często do innych poważnych chorób całego organizmu. Które z nich są najistotniejsze?

Udokumentowany jest wpływ chorób przyzębia na stan ogólny zdrowia. Tymi problemami zajmują się periodontolodzy, z uznanym specjalistą, konsultantem krajowym, prof. Renatą Górską na czele. Potwierdzono klinicznie, że drobnoustroje hodowane z tkanek chorego przyzębia po dotarciu do krwi wpływają na układ krążenia i odporność. Choroby przyzębia stwierdzane u kobiet w ciąży mogą być przyczyną przedwczesnego porodu lub niskiej wagi urodzeniowej dziecka. Ważne jest również, żeby kobietom w wieku prokreacyjnym przekazywać informacje, że profilaktyka próchnicy u dziecka rozpoczyna się już w okresie ciąży kobiety – przyszłej matki.

Co uważa Pani dzisiaj za priorytet w pracy stomatologów?

Może to banalne, co powiem, ale liczy się w znaczącym stopniu higiena jamy ustnej. W okresie całej pracy zawodowej powtarzałam swoim małym pacjentom, że zaniedbują to, co jest najważniejsze, łatwe do wykonania i niebolesne, czyli szczotkowanie zębów. Nie wymaga także dużych nakładów finansowych, a przynosi zaskakujące, pozytywne efekty. Aktualne jest powiedzenie: czysty ząb to zdrowy ząb. Przyczyną próchnicy są drobnoustroje, których rozwojowi sprzyja nadmierne spożywanie węglowodanów w postaci słodyczy lub napojów słodzonych. Spożywanie napojów słodzonych, kwaśnych i gazowanych jest przyczyną niekorzystnego działania kwasów na zdrowe tkanki zębów, co prowadzi do demineralizacji tkanek, a mechaniczne ich niszczenie do powstawania ubytków niepróchnicowego pochodzenia. W efekcie konieczne staje się leczenie zachowawcze, a dalsze zaniedbania higieniczne i żywieniowe doprowadzą do powikłań i będą wymagały leczenia endodontycznego.

Czy planowany podatek cukrowy od napojów słodzonych ma szansę zmienić tę sytuację?

Wiele zależy od nas i od świadomości pacjentów. Moim zdaniem działania prowadzące do ograniczenia spożycia cukrów mogą dać jakieś pozytywne efekty.

Odznaczenie dotyczyło również pracy społecznej na rzecz środowiska stomatologów ze Wschodu. Na czym ona polegała?

Po podpisaniu aktu akcesyjnego do Unii Europejskiej przyszedł czas na współpracę z krajami pogranicza, m.in. z Ukrainą i Białorusią. Pracownicy, specjaliści Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, w ramach współpracy prowadzili badania epidemiologiczne na Ukrainie. Przekazaliśmy lekarzom stomatologom własne doświadczenia, np. procedury dotyczące postępowania z narzędziami stomatologicznymi po ich użyciu, tj. odkażania, sterylizacji i przechowywania. Uważam, że w tamtym okresie mieliśmy w tej dziedzinie większe doświadczenie. Wymienialiśmy się także doświadczeniami dotyczący- mi m.in. profilaktyki fluorowej oraz wpływu fluoru zawartego w wodzie w dawkach ponadoptymalnych na tkanki zębów.

Po zakończeniu pracy zawodowej w klinice nadal Pani pracuje w gabinecie prywatnym. Co obecnie daje największą satysfakcję?

Kontakt z ludźmi. W niewielkim wymiarze, dla własnej satysfakcji, przyjmuję pacjentów. W swojej pracy zawodowej dużo miejsca poświęcałam sprawom organizacyjnym i dydaktyce. Przez 21 lat byłam organizatorem Konferencji Okrągłego Stołu w Nałęczowie, poświęconych zmianom w dydaktyce na kierunku lekarsko-dentystycznym, a wynikających z obowiązków przyjętych przez Polskę po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Jako środowisko wspólnie obroniliśmy tytuł „lekarza dentysty”, bowiem część tytułu „lekarz” umożliwia wystawianie pacjentom recept. Było to możliwe dzięki zachowaniu w programach dydaktycznych przedmiotów ogólnolekarskich. Przygotowywaliśmy również standardy kształcenia dla studentów kierunku lekarsko-dentystycznego. Zaakceptowane przez Ministerstwo Zdrowia i realizowane standardy kształcenia zagwarantowały uznawalność naszych dyplomów w krajach Unii Europejskiej. Nadal interesują mnie sprawy organizacyjne i dlatego obecnie uczestniczę w przygotowaniach dorocznej konferencji naukowo-dydaktycznej w Nałęczowie. Lubię brać udział w życiu dydaktycznym i wspierać młodsze pokolenie w tym ciekawym zawodzie. Istotne jest to, co chciałabym przekazać młodym lekarzom: by traktowali każdego pacjenta poważnie i profesjonalnie. Dokładnie zebrany wywiad jest wstępem do dobrej diagnozy. Zęby to ważny element jamy ustnej i całości organizmu wymagający zaangażowania pacjentów oraz lekarzy w zachowanie zdrowia.

Rozmawiał Ryszard Sterczyński

Prof. Jacek Jassem: Ta ustawa zmieniła Polskę

Batalia o ustawę trwała 3,5 roku. Udało się w końcu przekonać parlamentarzystów i uchwalono ją w 2010 r. Ona odmieniła Polskę. Nikt nie pali w restauracjach, pociągach, hotelach ani dyskotekach, a młodzi ludzie dziwią się, że kiedyś było inaczej. Poprawił się także nasz zewnętrzny wizerunek – mówi prof. Jacek Jassem, laureat Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 w kategorii lekarz i społecznik, kierownik Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Polska ma wielu wspaniałych lekarzy onkologów; dzięki temu wyniki leczenia mamy znacznie lepsze niż wynikałoby z ilości pieniędzy wydawanych na onkologię. Co skłania lekarza onkologa, by zająć się nie tylko swoimi pacjentami, ale także inicjowaniem zmian dotyczących całej onkologii w Polsce – tak jak robi to Pan konsekwentnie od wielu lat?

Jako lekarz widzę zjawiska dotyczące nie tylko pojedynczego chorego, ale także szeroko pojętej walki z rakiem. Dostrzegam rzeczy wymagające przedsięwzięć systemowych. Działanie na poziomie pojedynczego pacjenta nie wystarczy, by zmienić rzeczywistość. Dlatego od lat podejmuję również inicjatywy w zakresie zdrowia publicznego i edukacji społecznej, a także przedstawiam propozycje zmian w polskim systemie ochrony zdrowia.

Dziś już jak coś oczywistego traktujemy fakt, że w miejscach pracy i restauracjach nie pali się papierosów. Wprowadzenie zakazu palenia w takich miejscach to Pana inicjatywa. Czy wprowadzenie ustawy zakazującej palenia w miejscach publicznych było proste?

Na początku XXI wieku kolejne kraje wprowadzały tego typu regulacje. W 2004 r. z „Zielonej Księgi” Unii Europejskiej dowiedziałem się, że z powodu biernego palenia w UE umierało wówczas rocznie 90 tys. osób, w tym w Polsce 9 tys. Przewyższało to łączną liczbę zgonów z powodu wypadków drogowych, wypadków w pracy, samobójstw i zabójstw. Pomyślałem, że nasze państwo powinno chronić swoich obywateli przed narażeniem na dym tytoniowy. Jako pierwsza taki zakaz wprowadziła Irlandia. Początkowo ludzie nie wyobrażali sobie, że w irlandzkim pubie nie będzie można palić. Ustawa okazała się jednak sukcesem i tą drogą poszły kolejne kraje. Przeżyłem szok, gdy zobaczyłem wolne od dymu, poprzednio potwornie zadymione, kluby jazzowe w Nowym Jorku. Pomyślałem, że trzeba to zrobić także w Polsce.

Wiele osób twierdziło, że to się nie uda, ponieważ Polacy są niepokornym narodem. Byłem przekonany, że są to nieuzasadnione obawy, że do egzekwowania nowych przepisów nie trzeba będzie angażować organów ścigania, bo ludzie sami je wymuszą. Nie chciałem także, abyśmy w tej dziedzinie stali się niechlubnym skansenem Europy. Pierwszą propozycję przedstawiłem na konferencji prasowej w 2006r. i wiele osób przyjęło ją z zaskoczeniem. Nie miałem jednak wątpliwości, że nie ma na co czekać. Później okazało się, że nie jest to takie proste. Przede wszystkim nie było chętnych, aby napisać nowelizację poprzedniej ustawy antytytoniowej z 1995 r. Jako lekarz nie wiedziałem, jak tworzy się takie akty prawne, więc musiałem się tego nauczyć. Zapoznałem się z podobnymi dokumentami z innych krajów, zobaczyłem, jaką formę mają nowelizacje ustaw w Polsce, a na koniec wstępny projekt pokazałem prawnikom. Propozycję tę przedstawiłem sejmowej Komisji Zdrowia, która formalnie wystąpiła z inicjatywą ustawodawczą. Niestety procesu legislacyjnego nie udało się dokończyć przed jesiennymi wyborami 2007 r., więc w nowej kadencji Sejmu trzeba było wszystko zaczynać od nowa.

Trudno było przekonać posłów, z których wielu paliło…

Przede wszystkim musieliśmy wszystkich przekonać, że ta ustawa nie grozi załamaniem gospodarki, że ludzie nie uciekną z restauracji, pubów czy dyskotek, że da się w pociągu wytrzymać kilka godzin bez papierosa. Zgodnie z oczekiwaniami największy opór stawiali lobbyści związani z przemysłem tytoniowym. Było jednak również sporo osób z życia publicznego, które wyrażały opinię, że to rozwiązanie ogranicza swobody obywatelskie i jest niedemokratyczne. Tłumaczyłem, że nasza konstytucja zapewnia ludziom prawo do zdrowia, a nie do jego niszczenia i że państwo powinno podejmować działania dla wyższego dobra. Wolność ma granice i kończy się tam, kiedy szkodzi innym.

Batalia o ustawę trwała 3,5 roku. Udało się w końcu przekonać parlamentarzystów i uchwalono ją w 2010 r. Ona odmieniła Polskę. Nikt nie pali w restauracjach, pociągach, hotelach ani dyskotekach, a młodzi ludzie dziwią się, że kiedyś było inaczej. Poprawił się także nasz zewnętrzny wizerunek. To był ważny krok, ale nadal jest wiele do zrobienia w zakresie zdrowia publicznego, szczególnie jeśli chodzi o działania zapobiegające nowotworom.

Jak dziś patrzy Pan na problem palenia papierosów w Polsce? Liczba palaczy spada, ale nie tak szybko jak w wielu innych krajach. Niektóre z nich chcą wkrótce stać się wolne od tytoniu. W Polsce do tego daleko.

Niestety Polska nadal jest krajem, w którym pali się dużo, choć liczba palących mężczyzn zmniejszyła się w ciągu ostatnich 50 lat o połowę. Niestety, nie dotyczy to kobiet – tu niewiele się zmienia. To dosyć dziwne, ponieważ zwykle kobiety bardziej dbają o swoje zdrowie. Wcześniej czynnikiem wyróżniającym liczbę palących osób była płeć (mężczyźni palili częściej niż kobiety), teraz jest to przede wszystkim poziom wykształcenia. Osoby z podstawowym wykształceniem palą pięciokrotnie więcej niż z wyższym. Najwięcej palą bezrobotni. Programy edukacyjne powinny być zatem zróżnicowane i adresowane głównie do mniej wykształconych osób. Bardzo ważna jest również edukacja dzieci i młodzieży – postawy prozdrowotne trzeba bowiem kształtować jak najwcześniej.

Ok. 2/3 nowotworów ma przyczyny w stylu życia i diecie. W innych krajach ludzie żyją znacznie zdrowiej niż w Polsce. Nie ma powodu, żeby u nas było inaczej. To nie jest wina społeczeństwa, że zachowuje się nieracjonalnie, lecz tych, którzy powinni to społeczeństwo edukować: lekarzy, polityków, autorytetów społecznych. Trochę to zaniedbaliśmy.

Jest Pan jednym z głównych twórców pierwszego polskiego cancer planu. Jak doszło do jego powstania?

W Polsce jesteśmy mistrzami działań interwencyjnych. Jeżeli dzieje się coś złego, to próbujemy ratować sytuację, często jednak w sposób chaotyczny i mało skuteczny. Onkologia jest bardzo przewidywalną dziedziną medycyny. Można bowiem dokładnie przewidzieć, co wydarzy się za kilka czy kilkanaście lat; ile osób zachoruje i umrze z powodu nowotworów, ilu będziemy potrzebowali specjalistów, pielęgniarek, sal operacyjnych, sprzętu czy leków. Nie ma powodu, aby improwizować. Gdy byłem szefem Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, stworzyliśmy w grupie około 200 specjalistów różnych dziedzin oraz pacjentów plan obejmujący wszystkie obszary walki z rakiem: zarządzanie systemem, edukację, profilaktykę, wczesne wykrywanie, diagnostykę, leczenie i wychodzenie z choroby.

W innych krajach takie cancer plany już powstawały?

Tak, państwa UE zostały poproszone o przedstawienie takich opracowań do końca 2014 r. Polska była wówczas jednym  z nielicznych państw, które tego nie zrobiły. Ponieważ rząd nie był tym specjalnie zainteresowany, rozpoczęliśmy oddolny proces. Najpierw na podstawie sondażu przeprowadzonego w środowisku medycznym upewniliśmy się, że rzeczywiście chce ono uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Zaczęliśmy od przygotowania kilku studyjnych opracowań opisujących stan wyjściowy. Na podstawie wybranych nowotworów pokazywały one systemowe problemy i obszary wymagające działań naprawczych. Następnie zorganizowaliśmy serię spotkań z udziałem onkologów i specjalistów innych dziedzin, aby wspólnie wypracować najlepsze rozwiązania. W przygotowaniu strategii korzystaliśmy z najlepszych doświadczeń innych krajów, bo wiele problemów ma charakter uniwersalny. Oprócz onkologów w pracach uczestniczyli eksperci z wielu innych dziedzin: socjologii, ekonomii, psychologii i systemów ochrony zdrowia. Była też grupa lekarzy POZ, ponieważ ich rola w profilaktyce, wczesnym wykrywaniu raka i opiece po zakończeniu specjalistycznego leczenia jest ogromna. Współpraca była bardzo dobra i zaowocowała porozumieniem podpisanym przez towarzystwa onkologiczne i medycyny rodzinnej. W zespole było też kilkunastu pacjentów, ponieważ chcieliśmy uwzględnić ich oczekiwania. Praca toczyła się w 10 grupach roboczych, które odbyły kilkadziesiąt spotkań i telekonferencji. Ostatecznie polski cancer plan przedstawiliśmy w czerwcu 2014 r., a jego wdrażanie miało się rozpocząć od 2015 r. Opracowany w wersji polskiej i angielskiej dokument zawierał pięć rozdziałów i około 100 celów, wraz z odpowiadającymi im zadaniami. Został wysoko oceniony w kraju i za granicą, stał się podstawą do podobnych opracowań w innych krajach. W ubiegłym roku bliźniaczą strategię wdrożyła np. Chorwacja. Niestety, nie udało się to w Polsce. Mimo że w pracach nad dokumentem uczestniczyli przedstawiciele wszystkich środowisk, a ostateczna wersja była wynikiem kompromisu, nadal był on kontestowany. Krytykowano np. proponowane przejście z modelu szpitalnego na ambulatoryjny, co naruszało interesy dużych szpitali onkologicznych. Dzisiaj wiadomo, że w tym kierunku idzie cały świat i nie ma od niego odwrotu.

Cancer plan przygotowany przez PTO nie wszedł w życie, jednak twórcy przyjętej niedawno Narodowej Strategii Onkologicznej przyznawali, że wiele z niego korzystali. I że byłoby im znacznie trudniej ją stworzyć, gdyby cancer planu nie było.

Mimo że plan nigdy nie stał się oficjalnym dokumentem państwowym, wiele zawartych w nim celów w ciągu kolejnych kilku lat udało się wdrożyć. Przede wszystkim zniesiono limity na świadczenia onkologiczne. Wprowadzono obowiązkowe konsylia lekarskie, podniesiono rangę wytycznych i zaczęto monitorować ich przestrzeganie, ruszyły, choć z dużymi przeszkodami, prace nad skoordynowaną opieką onkologiczną, poprawiła się diagnostyka genetyczna i patologiczna. Onkologia wygląda dziś zupełnie inaczej niż w 2014 r.; stała się przedmiotem publicznej debaty. Wcześniej była kopciuszkiem – uważano, że wydawane na nią środki są stracone. Pokazaliśmy, że warto w nią inwestować, bo pozwala setkom tysięcy ludzi wrócić do rodziny i społeczeństwa.

Jak ocenia Pan niedawno przyjętą Narodową Strategię Onkologiczną z perspektywy twórcy cancer planu?

Niezręcznie mi o niej mówić, nie chciałbym bowiem sprawiać wrażenia, że bardziej cenię to, co stworzył nasz zespół. Postulaty zawarte w NSO trudno podważać. Natomiast nie wiadomo, jak mają być zrealizowane. W NSO są bowiem wyłącznie obietnice i deklaracje, niektóre sformułowane bardzo ogólnie, nie ma natomiast działań, które w tym celu należy podjąć. Jeśli chcemy coś osiągnąć, to musimy sprecyzować, jak należy to zrobić i ile to będzie kosztowało. NSO jest dokumentem państwowym i spodziewałbym się, że będzie mu towarzyszył szczegółowy dokument wykonawczy, harmonogram, kosztorys, mierniki monitorowania itd. Bez tego trudno powiedzieć, czy Narodowa Strategia Onkologiczna jest wykonalna w kategoriach organizacyjnych i finansowych.

Narodową strategię ogłoszono z wielkimi fanfarami, jednak przeznaczono na nią niewiele więcej pieniędzy niż kilkanaście lat temu na jej poprzednika, czyli Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych. W 2006 r. było to 250 mln zł, po 16 latach nominalnie jest tyle samo, ale siła nabywcza tej kwoty jest o kilkadziesiąt procent mniejsza. Docelowo na zawierającą blisko 100 obietnic NSO ma być przeznaczane 500 mln zł rocznie. Jest to jednak realnie niewiele więcej niż w 2006 r., a poza tym trzeba pamiętać, że od tego czasu liczba zachorowań wzrosła ze 130 do 190 tys. rocznie. Moje zastrzeżenia budzi też nazwa nowej strategii. Tego typu dokumenty noszą zawsze nazwę cancer control, czyli walka z rakiem, co jest znacznie szerszym pojęciem niż onkologia.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

PROF. JACEK JASSEM, KIEROWNIK KATEDRY I KLINIKI ONKOLOGII I RADIOTERAPII GDAŃSKIEGO UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO, JEDEN Z NAJCZĘŚCIEJ CYTOWANYCH POLSKICH LEKARZY. CZŁONEK PAU, ACADEMIA EUROPEA I EUROPEAN ACADEMY OF CANCER SCIENCES. W LATACH 2007-2008 PRZEWODNICZĄCY INTERNATIONAL AFFAIRS COMMITTEE W AMERICAN SOCIETY OF CLINICAL ONCOLOGY, W LATACH 2010-2014 PREZES POLSKIEGO TOWARZYSTWA ONKOLOGICZNEGO, W LATACH 2017-2018 PRZEWODNICZĄCY TOBACCO CONTROL AND SMOKING CESSATION COMMITTEE PRZY MIĘDZYNARODOWYM TOWARZYSTWIE DO BADAŃ NAD RAKIEM PŁUCA (IASLC). CZŁONEK HONOROWY POLSKIEGO TOWARZYSTWA ONKOLOGICZNEGO I POLSKIEGO TOWARZYSTWA CHIRURGII ONKOLOGICZNEJ. KOORDYNOWAŁ PRZYGOTOWANIE STRATEGII WALKI Z RAKIEM W POLSCE 2015-2024, PREZES POLSKIEJ LIGI WALKI Z RAKIEM.

Prof. Adam Maciejewski: Kolejne miesiące pozwolą na powrót chłopca do normalnego funkcjonowania

Chłopiec, u którego przeprowadzaliśmy operację, połknął kilka lat temu granulat ługu sodowego, tzw. kreta. Spowodowało to u niego martwicę narządów głowy i szyi: nasady języka, krtani, gardła, tchawicy oraz przełyku aż do poziomu żołądka. Operacja polegała na odtworzeniu całej drogi oddechowej i pokarmowej – mówi prof. Adam Maciejewski, laureat Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za osiągnięcia w medycynie w 2019 roku, kierownik Kliniki Chirurgii Onkologicznej i Rekonstrukcyjnej Narodowego Centrum Onkologii w Gliwicach.

Przeprowadzone przez Pana w ubiegłym roku bardzo rozległe przeszczepienie narządów szyi u 6-letniego chłopca zostało uznane przez Amerykańskie Towarzystwo Mikrochirurgii Rekonstrukcyjnej (ASRM) za najlepszą operację rekonstrukcyjną w 2019 r. Na czym polegała ta wyjątkowa operacja, nagrodzona tytułem Best Case 2019?

Chłopiec, u którego przeprowadzaliśmy operację, połknął kilka lat temu granulat ługu sodowego, tzw. kreta. Spowodowało to u niego martwicę narządów głowy i szyi: nasady języka, krtani, gardła, tchawicy oraz przełyku aż do poziomu żołądka. Operacja polegała na odtworzeniu całej drogi oddechowej i pokarmowej. W pierwszym etapie odtworzyliśmy mu z fragmentu jelita grubego przełyk w obrębie śródpiersia aż do poziomu szyi. Kolejnym etapem leczenia była transplantacja wielu narządów. Po 9 miesiącach od pierwszej operacji udało się znaleźć dla niego dawcę narządów. Przeszczepiliśmy chłopcu nasadę języka, gardło, krtań, przełyk, tchawicę, przytarczyczną przednią ścianę szyjną, nerwy. Wyjątkowość tej operacji polegała również na tym, że lekarze z Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii naszego ośrodka przeszczepili mu pobrany od tego samego dawcy, a następnie zmodyfikowany szpik, aby zredukować, a być może wyeliminować, konieczność leczenia immunosupresyjnego. Zrobili to dokładnie w 10. dobie od przeszczepienia narządów, zgodnie z opracowanym przez nich protokołem. Na tym właściwie zabieg się zakończył. Trzy miesiące później odtworzyliśmy jeszcze chłopcu elementy wewnątrzustne, wargi, przedsionek jamy ustnej.

Dalsza rehabilitacja tego pacjenta odbywa się zgodnie z planem. Myślę, że kolejne miesiące pozwolą powrócić Tymkowi do normalnego funkcjonowania.

Do wypadku doszło, gdy chłopiec miał 13 miesięcy, a operacja odbyła się, gdy miał 6 lat. Dlaczego tak późno? Jak funkcjonował przez te lata?

Wcześniej chłopiec przeszedł wiele zabiegów, poza naszym ośrodkiem. Nie przyniosły one jednak żadnego efektu. Miał stałą tracheostomię, dzięki której oddychał, a żywiony był wyłącznie dojelitowo. Nie mówił.

Jak w tej chwili chłopiec funkcjonuje? Może normalnie przełykać, jeść, mówić?

Na razie połyka jedynie płynne i półpłynne pokarmy, ponieważ nie nastąpiła jeszcze pełna reinerwacja w obrębie gardła, przełyku i głośni, oddzielającej drogę pokarmową od oddechowej. Chłopiec samodzielnie oddycha, zaczyna wypowiadać pierwsze słowa, pierwsze połączenia słów. Logopedyczna rehabilitacja polega na tym, żeby mówił coraz więcej, coraz bardziej zrozumiale, używał większej ilości słów. Rehabilitacja przebiega według założonego przez nas planu.

Czy jego leczenie jest już zakończone, czy będą konieczne jeszcze kolejne operacje?

Leczenie jest zakończone, kolejne operacje nie będą konieczne. Myślę, że 6-9 miesięcy pozwoli na to, aby unerwiły się przeszczepione narządy. Od tego momentu będzie normalnie funkcjonował.

Jak długo trwa tego typu operacja przeszczepienia tak wielu narządów połączona z transplantacją szpiku?

Ta trwała ok. 15 godzin. Natomiast sama operacja to tylko część procesu leczenia. Bardzo ważna jest odpowiednia logistyka, pomoc Ministerstwa Zdrowia (kwestie finansowe), dobór odpowiedniego dawcy przeszczepu, kwestia transportu. Wszystko to składa się na przygotowania, czyli część przedoperacyjną. Po zabiegu natomiast konieczne jest odpowiednie prowadzenie pooperacyjne – liczne badania, kontrole, rehabilitacja.

Dlaczego tak ważne było, aby równocześnie z przeszczepieniem narządów przeszczepiono chłopcu szpik?

Gdyby przeszczepienia szpiku nie było, konieczna byłaby stała immunosupresja, a jest ona czynnikiem wpływającym negatywnie na stan zdrowia pacjenta i ryzyko wystąpienia wielu schorzeń. Ponieważ jest to dziecko, całe życie przed nim, to staraliśmy się zrobić wszystko, żeby immunosupresję całkowicie wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć.

To nie była pierwsza słynna na całym świecie przeprowadzona przez Pana operacja. W 2013 roku po raz pierwszy w Polsce Pana zespół przeszczepił twarz od zmarłego dawcy i była to jednocześnie pierwsza na świecie operacja przeszczepienia twarzy ratująca życie. W 2015 roku przeprowadziliście pierwsze na świecie allogeniczne złożone przeszczepienie narządów szyi, obejmujące krtań, tchawicę, gardło, przełyk, tarczycę z przytarczycami, struktury mięśniowe oraz powłokę skórną przedniej ściany szyi. Która operacja była dla Pana najtrudniejsza?

Zwykle takie zabiegi – poza elementem logistycznym, przygotowaniami dawcy, biorcy, itd. – od strony technicznej nie są najtrudniejszym typem operacji. Na co dzień wielokrotnie wykonujemy trudniejsze, kiedy musimy odpowiednio ukształtować elementy, które pobiera się z własnego ciała pacjenta. Trzeba np. ukształtować nos, żuchwę, pierś, język. W przypadku przeszczepień od dawców mamy do czynienia z narządami, które już są ukształtowane, pasują. Trzeba je jedynie pobrać, przetransportować, połączyć za  pomocą naczyń i nerwów. Dlatego te najsłynniejsze operacje od względem technicznym wcale nie są najtrudniejsze. Często na co dzień mamy większe wyzwania.

A które operacje Pan uważa za swój największy zawodowy sukces?

Nie podchodzę do tego w taki sposób. To, czym zajmujemy się na co dzień – ja i cały mój zespół – to jest najistotniejsze. Naszym celem nie jest sięganie po puchary. Każda operacja, kiedy udaje się poprawić stan pacjenta, jest sukcesem.

Przeprowadzanie takich operacji daje na pewno ogromną satysfakcję. Dziecko, o którym Pan opowiadał, nie mogło zwyczajnie funkcjonować, a teraz ma szansę na normalne życie.

W każdym przypadku, gdy osiąga się to, co się zamierzało osiągnąć, a było to trudne i skomplikowane, ma się ogromną satysfakcję. Zawsze staramy się uzyskiwać jak najlepsze efekty operacji, mając na względzie jakość życia, jakie będzie miał chory po operacji, jego możliwość powrotu do społeczeństwa.

Pamięta Pan swoich szczególnych pacjentów?

Oczywiście, wielu. Mamy kontakt z większością chorych. Są to zwykle osoby po zabiegach onkologicznych, przyjeżdżają do nas na kontrole. Oceniamy ryzyko nawrotu nowotworu, patrzymy na efekty, które uzyskaliśmy. Staramy się nie tracić z oczu naszych pacjentów.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

PIERWSZE NA ŚWIECIE ZŁOŻONE PRZESZCZEPIENIE TKANKOWE W OBRĘBIE GŁOWY I SZYI POŁĄCZONE Z TRANSPLANTACJĄ ZMODYFIKOWANEGO SZPIKU WYKONANE PRZEZ PROF. ADAMA MACIEJEWSKIEGO ZOSTAŁO UZNANE PRZEZ AMERYKAŃSKIE TOWARZYSTWO MIKROCHIRURGII REKONSTRUKCYJNEJ ZA BEST CASE 2019. PROF. MACIEJEWSKIEGO UHONOROWANO RÓWNIEŻ NAGRODĄ IM. MARKO GODINY, PRZYZNAWANĄ CO ROKU NAJLEPSZEMU NA ŚWIECIE CHIRURGOWI REKONSTRUKCYJNEMU ZA DOTYCHCZASOWY DOROBEK NAUKOWY. PROF. ADAM MACIEJEWSKI JEST PIERWSZYM LEKARZEM Z POLSKI, KTÓRY OTRZYMAŁ TO PRESTIŻOWE WYRÓŻNIENIE.

Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 rozdane!

W szczególnej atmosferze, spowodowanej pandemią COVID-19, odbyło się w tym roku wręczenie Nagród Zaufania Złoty OTIS 2020.

W drugiej części Gali zostali nagrodzeni Mistrzowie Medycyny: prof. Tadeusz Tołłoczko, prof. Jacek Moll, prof. Teresa Bachanek. Nagrodę Specjalną za odwagę i skuteczność we wprowadzaniu przełomowych rozwiązań w zdrowiu publicznym oraz całokształt dokonań naukowych i edukacyjnych otrzymał prof. Leszek Czupryniak.
Nagrodzony został też prof. Adam Maciejewski (za osiągnięcia w 2019 r. – pierwszy na świecie złożony przeszczep tkankowy w obrębie głowy i szyi połączony z transplantacją zmodyfikowanego szpiku).

Prof. Tadeusz Tołłoczko: Złoty Otis za dorobek życia w medycynie

Prof. Tadeusz Tołłoczko otrzymał nagrodę Zaufania Złoty OTIS 2020 za dorobek życia w medycynie.
Prof. Tadeusz Tołłoczko to nauczyciel wielu pokoleń lekarzy, lekarz humanista, chirurg, autorytet wielu pokoleń lekarzy. Przez dwie kadencje rektor warszawskiej Akademii Medycznej. Kierowana przez niego klinika była pierwszą w Polsce, która wprowadziła do praktyki klinicznej zabiegi transplantacji nerek. Ceniony przez lekarzy i studentów, także za wpajanie umiejętności krytycznego myślenia i podkreślanie: „Sapere aude” (Miej odwagę być mądrym) i „Vivere est cogitare” (Żyć to znaczy myśleć).

Impresje Złoty OTIS 2020

W szczególnej atmosferze, spowodowanej pandemią COVID-19, odbyło się w tym roku wręczenie Nagród Zaufania Złoty OTIS 2020.

W drugiej części Gali zostali nagrodzeni Mistrzowie Medycyny: prof. Tadeusz Tołłoczko, prof. Jan Moll, prof. Teresa Bachanek.. Nagrodę Specjalną za odwagę i skuteczność we wprowadzaniu przełomowych rozwiązań w zdrowiu publicznym oraz całokształt dokonań naukowych i edukacyjnych otrzymał prof. Leszek Czupryniak.
Nagrodzony został też prof. Adam Maciejewski (za osiągnięcia w 2019 r. – pierwszy na świecie złożony przeszczep tkankowy w obrębie głowy i szyi połączony z transplantacją zmodyfikowanego szpiku).