Archiwa tagu: Złoty Otis 2019

prof. Bazylak
prof. Bazylak

Chemik, farmaceuta, literat

PROF. DR HAB. GRZEGORZ BAZYLAK HONOROWA NAGRODA ZAUFANIA ZŁOTY OTIS 2019 W UZNANIU DOROBKU NAUKOWO-DYDAKTYCZNEGO W FARMACJI

Niewiele brakowało, a prof. dr hab. nauk farmaceutycznych GRZEGORZ BAZYLAK zajmowałby się zupełnie inną dziedziną i teraz byłby np. profesorem Uniwersytetu Morskiego w Gdyni. Może wydawać się zabawne, że to kłopoty zdrowotne młodego człowieka sprawiły, iż dziś Profesor został laureatem nagrody dla ludzi związanych z medycyną i farmacją, czyli Nagrody Zaufania Złoty OTIS.


Jako młody technik elektronik po maturze w łódzkim Technikum Energetycznym w 1973 r. rozpoczął studia w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Miał zostać specjalistą radiokomunikacji morskiej. Być może pracowałby jako radiooficer na statkach polskiej floty handlowej. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że zostałby naukowcem na tej uczelni. Gdy okazało się, że trzeba zrezygnować z kariery wilka morskiego, bo wymagania zdrowotne na tej uczelni były wyśrubowane, już od następnego roku akademickiego został studentem Politechniki Łódzkiej na kierunku chemiczna technologia żywności na Wydziale Chemii Spożywczej (obecnie Wydział Biotechnologii i Nauk o Żywności). Po pięciu latach ukończył je z tytułem magistra inżyniera chemika i pracował jako asystent, a później adiunkt na swoim macierzystym wydziale, gdzie po 10 latach uzyskał z wyróżnieniem stopień doktora nauk technicznych.

Rok później rozpoczęła się jego naukowa droga ku farmacji, rozpoczął pracę naukowo-badawczą i dydaktyczną w łódzkiej Akademii Medycznej w Zakładzie Higieny Żywienia Człowieka. Kontynuował ją w Zakładzie Chemii Ogólnej Instytutu Fizjologii i Biochemii. Po wielomiesięcznym stypendium w Belgii obronił pracę habilitacyjną już w dziedzinie farmacji. Wkrótce rozpoczął pracę w Akademii Medycznej w Bydgoszczy, obecnie Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Stworzył tam od podstaw Katedrę i Zakład Bromatologii na Wydziale Farmaceutycznym, gdzie pracuje do dziś.

W pracy naukowo-badawczej zajmuje się analizą chemiczną, farmakochemią supramolekularną, farmakobromatologią, nutreomiką oraz chemometrią medyczną. Opublikował 125 artykułów oraz 160 komunikatów konferencyjnych, jest współautorem 3 podręczników. Przez 5 lat był redaktorem naczelnym międzynarodowego czasopisma naukowego
„The Open Chemical & Biomedical Methods Journal” (Bentham Science, USA) jest również członkiem kolegiów redakcyjnych kilku międzynarodowych czasopism naukowych z listy JCR. Zredagował cykl 9 monograficznych numerów czasopism międzynarodowych (łącznie 950 stron), które dotyczyły farmakochemii supramolekularnej, skriningu leków i analizy farmaceutycznej.

Działa również na rzecz społeczności akademickiej, m.in. zorganizował od podstaw w bydgoskiej Akademii Medycznej Europejski Program Socrates-Erasmus, pozyskując do współpracy 10 światowej rangi zagranicznych uniwersytetów.

Sukcesy naukowe prof. Grzegorza Bazylaka idą w parze z potrzebą refleksji nad stanem współczesnego świata i kondycją człowieka. Stąd zainteresowanie literaturą nie tylko jako czytelnika, lecz także autora wierszy, esejów literackich czy szkiców o teatrze. Jest autorem dwóch tomów poezji i licznych publikacji w czasopismach literackich. W jednym z jego wierszy czytamy:
„Poezja / jest dla mnie / jak codzienna
pora / snu / okazją do destrukcji / negatywnych
/ stanów psychicznych / wywołanych otaczającą
mnie częścią / rzeczywistości zarazem jest /
próbą odnowy / sił konstrukcją / specyficznej /
energii wewnętrznej / pozwalającej na podjęcie
/ spraw dnia od nowa…”.

Jak Pan znajduje na to wszystko czas, Profesorze?

Oprac. Andrzej Dziurdzikowski



Anna Moskal
Anna Moskal

Anna Moskal

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” dla organizacji pacjentów

ROZMOWA Z ANNĄ MOSKAL, PREZESEM STOWARZYSZENIA RODZIN Z CHOROBĄ FABRY’EGO

Czym zajmuje się stowarzyszenie?

Stowarzyszenie przede wszystkim działa po to, aby zrzeszyć pacjentów z chorobą Fabry’ego, poprawić ich sytuację w Polsce, umożliwić leczenie, a także zwiększyć świadomość społeczeństwa i środowiska medycznego na temat choroby. Choroba Fabry’ego jest chorobą rzadką, pacjenci często
mówią, że latami chodzili od lekarza do lekarza, zanim postawiono diagnozę.

Czy coś zmienia się ostatnio pod tym względem?

Rzeczywiście, zanim właściwa diagnoza zostanie postawiona, często mija nawet 9-10 lat. To dlatego, że jest to choroba rzadka, lekarze rzadko o niej myślą, a niejednokrotnie nawet jej nie znają. Drugim powodem jest to, że jej objawy są niespecyficzne: początkowo bóle i pieczenie nóg, zaburzenia potliwości i termoregulacji, stany podgorączkowe, częste uczucie zmęczenia, bóle brzucha, nawracające biegunki. Największym problemem
są jednak zmiany, których na początku w ogóle nie czuć. Choroba niszczy organizm od środka: nerki, serce, mózg. Tam dochodzi do najbardziej groźnych w skutkach uszkodzeń.

Od ponad 16 lat, od kiedy działa stowarzyszenie, staramy się zmieniać świadomość lekarzy oraz społeczeństwa. Dzięki temu coraz więcej osób o tej chorobie słyszy, co sprawia, że czas do postawienia diagnozy skraca się.
Od kilkunastu lat terapia dla choroby Fabry’ego jest już zarejestrowana w Europie,obecnie we wszystkich krajach UE chorzy mogą z niej korzystać, tylko w Polsce jeszcze nie.

Stowarzyszenie stara się, by terapia była dostępna również dla polskich pacjentów?

Dużo czasu i uwagi poświęcamy wnioskom o refundację dwóch leków. Obydwa wnioski znajdują się aktualnie w Ministerstwie Zdrowia, nasze działania są więc skupione na tym, aby pokazać, jak istotna jest pozytywna decyzja MZ. Obydwa leki dostały pozytywną ocenę Agencji Ochrony Technologii Medycznych i Taryfikacji. Z informacji, które udało nam się uzyskać, wynika, że firmy nadal czekają na zaproszenie ministerstwa na negocjacje cenowe. Mamy jednak nadzieję, że jeszcze w tym roku zapadnie decyzja i będzie ona dla nas przychylna. To obecnie główny problem pacjentów z chorobą Fabry’ego. Leczenie nie jest refundowane, więc większość pacjentów w ogóle nie jest leczona. W stowarzyszeniu są zarówno osoby, które nie są leczone, jak i takie, które otrzymują lek
charytatywnie.

Widać różnicę między pacjentami leczonymi i nieleczonymi?

Zdecydowanie. Widać też różnicę w zależności od tego, w jakim wieku i w jakim stopniu zaawansowania choroby rozpoczęto właściwe leczenie. Mamy w stowarzyszeniu rodzeństwa, całe rodziny. Widać ogromne różnice stanu zdrowia pomiędzy osobami, które rozpoczęły leczenie w różnym wieku. Tylko włączenie leczenia odpowiednio wcześnie może uchronić pacjentów przed nieodwracalnymi uszkodzeniami w ich organizmach. Gdy choroba nie jest leczona, dochodzi do niewydolności organów wewnętrznych, przede wszystkim nerek. Są też liczne problemy kardiologiczne, pacjenci przechodzą wiele udarów, co pozostawia niestety niejednokrotnie trwałe uszczerbki. W przypadku pacjentów, którzy zostali wcześnie włączeni w programy charytatywne i otrzymują leczenie, często w ogóle nie widać choroby. Są aktywni zawodowo, życiowo i społecznie. Są w stanie normalnie funkcjonować. Sami pacjenci podkreślają też, że leczenie działa i poprawia jakość ich życia.

Jak to się stało, że Pani znalazła się w stowarzyszeniu?

Mam to szczęście, że nie choruję, natomiast mam chorych dwóch starszych braci, mamę, chorują też wujkowie, babcia. Można powiedzieć, że znam tę chorobę od podszewki. Moi bracia mają to szczęście, że dostali się do badań klinicznych i są leczeni charytatywnie. Między nimi jest jednak 4 lata różnicy i niestety widać, że starszy brat ma więcej problemów zdrowotnych niż młodszy. Znam też przypadek innych braci, u których różnica wieku, kiedy rozpoczęto leczenie, zadecydowała o ich stanie zdrowia. Kilka lat w rozwoju choroby ma ogromne znaczenie.

Co najbardziej wam się udało w ciągu kilkunastu lat działalności stowarzyszenia?

Przede wszystkim choroba stała się trochę bardziej znana. Pojawiamy się na różnych konferencjach w środowisku medycznym, ostatnio byliśmy obecni na kongresie kardiologicznym w Krakowie i Kongresie Wyzwań Medycznych w Katowicach. Lekarze coraz więcej wiedzą o chorobie Fabry’ego, są świadomi tego, co to za choroba, do czego może prowadzić. Kilkanaście lat temu, gdy stowarzyszenie zaczynało działalność, właściwie tą chorobą zajmowała się tylko jedna pani doktor. To duży sukces, że świadomość choroby jest coraz większa. Dzięki temu chorzy mają szansę na szybszą diagnozę i lepszą opiekę medyczną.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz
Janusz Bukowski
Janusz Bukowski

Janusz Bukowski

Nagroda Zaufania „Złot y OTIS 2019” dla organizacji pacjentów

„Dać siebie innym” – skąd taka nazwa stowarzyszenia?

Osiem lat temu, żeby móc bardziej pomagać – już tak oficjalnie, mieć numer konta, na które można przelać pieniądze, jeśli ktoś chce nas wesprzeć – postanowiłem założyć stowarzyszenie. A nazwa? Często w rozmowach wypowiadam te słowa: dać siebie innym.

Uważa Pan, że to ważne: dawanie siebie innym? W dzisiejszym świecie to nie za bardzo popularne.

To prawda, każdy chciałby dać siebie, ale… samemu sobie. Często pomagamy, ale szukamy poklasku, poklepania po plecach. Chciałem, żeby nazwa stowarzyszenia była trochę krzykiem. Człowieka wobec drugiego człowieka.

Komu dajecie siebie? Czym się zajmujecie?

Przede wszystkim osobami niepełnosprawnymi. Szukamy niepełnosprawnych, którzy znajdują się w bardzo trudnych warunkach finansowych i bytowych, potrzebują np. wózków inwalidzkich, turnusów rehabilitacyjnych, sprzętu. Udało nam się kupić sporo sprzętu, nawet samochód osobowy dla domowego hospicjum dziecięcego – dla pielęgniarek, które jeżdżą do dzieci. Działamy głównie w regionie mazowieckim, jednak mamy też osoby, którym pomogliśmy w innych częściach kraju. Zajmowaliśmy się również bezdomnymi. Wyszukiwaliśmy osoby, które np. mieszkały w ogródkach działkowych, staraliśmy się im pomagać, dawać jedzenie, odzież. Mieliśmy nawet mały sukces: parę, którą się zajmowaliśmy, wyciągnęliśmy z bezdomności. Pobrali się, udało nam się załatwić im mieszkanie.

Często o bezdomnych myśli się, że sami sobie są winni, na swój los zasłużyli.

Może tak. Wolontariusze często na spotkaniach pytają mnie, czy warto pomagać bezdomnym, skoro to ich wina, że znaleźli się w takiej sytuacji. Albo czy dawać im pieniądze, skoro być może wydadzą je na papierosy albo na alkohol. Zawsze mówię, że jeśli daję osobie potrzebującej 5 zł, to nie komentuję, na co je wyda. Zrobi z tym, co będzie chciała. Taka jest zasada.
Każdy człowiek czasem robi dobre rzeczy, a czasem popełnia błędy. To samo dotyczy osób bezdomnych. Być może rzeczywiście niektóre osoby zasłużyły sobie na swój los, często jednak jest to splot różnych przyczyn. Opiekowaliśmy się też osobami zajmującymi wcześniej wysokie stanowiska, którym dobrze się wiodło. Dobrze pamiętam jedną z takich osób: pan był kiedyś osobą publicznie znaną, majętną. Noga mu się powinęła. Rodzina doszła do wniosku, że jeśli pan domu nagle przestać zarabiać, to trzeba go z domu usunąć. Gdy z nim rozmawiałem, mówił, że wcześniej wydawało mu się, że jak ma pieniądze, to świat do niego należy i nie przypuszczał, że najbliżsi mogą mu stworzyć takie piekło. A jednak mogli.

Myśli Pan, że z takiej sytuacji można wyjść?

Tak. Ten pan co prawda nie wrócił już do swojej rodziny, ale wydaje się, że dziś znalazł swoje miejsce. Choć żyje bardzo skromnie. Warto wsłuchać się w siebie wzajemnie, widzieć w sobie nawzajem zwykłych, normalnych ludzi, a nie to, czy mamy dziś piękny dom, konto, wysokie stanowisko. To jest ulotne. Widzimy wszyscy wyścig szczurów w pracy. Zastanawiam się często: do czego ludzie tak biegną?

Co w takim razie jest trwałe?

To, co mamy w środku. A ludzie wokół… to jest taki ruch jak w godzinach szczytu na Marszałkowskiej. Trzeba zacząć widzieć to, czego nie chcemy zauważać, np. to, że ktoś nie może wejść do tramwaju, wyciąga rękę, żebrze, ktoś się na ulicy przewrócił. Myślimy: upił się, naćpał. Każdego jednak może to spotkać. Nie możemy być obojętni. Ja zawsze w takich sytuacjach wyciągam telefon, sprawdzam, czy ktoś oddycha, i szybko wzywam pomoc. Ważne jest, żebyśmy w tych kanałach komunikacyjnych,
które tworzymy sobie na ulicy, widzieli innych ludzi. A nam ciągle wydaje się, że jesteśmy sami.

Warto popatrzeć w lustro i zobaczyć w nim siebie. Nie to, czy jestem ładny, młody, stary, brzydki, tylko swoje prawdziwe odbicie.

Jaka była Pana droga do stowarzyszenia? Dlaczego chciał Pan dawać siebie innym?

Moja droga była trudna. W wieku trzech miesięcy miałem umrzeć, wezwano księdza, miałem ostatnie namaszczenie. To, że przeżyłem, było cudem. Jednak dzieciństwo spędziłem poza domem rodzinnym. Nie dostałem tego, co każde dziecko powinno dostać od życia. Po skończeniu
18 lat zaopiekowała się mną ciocia. Dorosłe życie zacząłem w biedzie. Było trudno, jednak udało mi się skończyć szkołę zawodową, technikum, a potem też studia. Co prawda w wieku czterdziestu kilku lat, ale udało się. Powinienem mieć pretensję do życia, do opatrzności: dlaczego mnie to spotkało. Jednak wszystko to w sumie tak mnie wzmocniło, że dziś mogę siebie dawać innym. 14 lat temu zmarła moja żona. Zostałem z nastoletnimi córkami. Wszystko znów zaczęło się walić, jednak wiedziałem, że w tym kolejnym dramacie w moim życiu muszę być na tyle silny, tak stać na nogach, by one tego nie odczuły. Od wielu lat biegam – to moja odskocznia od problemów. Gdy przekraczałem linię mety, zawsze była we mnie radość. W 2011 roku, osiem lat temu, po kolejnym przekroczeniu linii mety coś we mnie drgnęło. Pamiętam, że przyszedłem do domu i powiedziałem do córek: „Tworzymy fajną imprezę: Wybiegaj sprawność”. Żeby można było ją przeprowadzić, wraz z innymi osobami, które myślą podobnie jak ja, założyliśmy stowarzyszenie.

Postanowiłem tak zmienić swoje życie, żeby linia mety nie była radością tylko moją, ale też osób niepełnosprawnych, żeby poprzez bieganie zbierać pieniądze na tych, którzy nie mogą biegać. Swoją radość zamieniłem na radość osób, które obdarowujemy potem sprzętem pomagającym im w rehabilitacji. A ponieważ byłem też krwiodawcą, to postanowiłem te dwie rzeczy połączyć: organizujemy więc także zbiórki krwi, która potem trafia do szpitali.

Z czego jest Pan najbardziej dumny?

Z perspektywy ośmiu lat działania stowarzyszenia, jestem dumny z siebie i osób, które są wokół mnie, że udało nam się tyle zrobić. To nie jest proste: nie jestem Owsiakiem, nie mam za sobą mediów. A mimo to bieg „Wybiegaj Sprawność”, który organizujemy od ośmiu lat, ma najwyższe patronaty w Polsce. Były z nami panie Prezydentowe Anna Komorowska, Agata Duda, były minister sportu. Bieg „Wybiegaj Sprawność” został trzykrotnie nagrodzony tytułem „Sportowa Impreza Roku”. Za wybiegane pieniądze kupowaliśmy wózki inwalidzkie, elektryczne, aparaty do masażu limfatycznego, kule, przekazywaliśmy pieniądze ciężko chorym osobom.
W 22 akcjach i pomiędzy nimi, organizowanych w latach 2007-2018, zebraliśmy ponad 1569 litrów krwi, którą przekazywaliśmy m.in. dla Centrum Zdrowia Dziecka, Instytutu Matki i Dziecka, Instytutu Kardiochirurgii w Aninie, Centrum Onkologii oraz setkom osób indywidualnych. Nasze zbiórki krwi być może uratowały kilka ludzkich
istnień. A osobiście… W 2011 roku, podczas pierwszego biegu „Wybiegaj Sprawność”, poznałem Anię. Jesteśmy ze sobą już od ośmiu lat i wiem, że nasze wspólne życie dało mi jeszcze większą moc.

Warto dawać siebie innym?

Nazwa naszego stowarzyszenia jest odzwierciedleniem tego, czego pragniemy: „Dać siebie innym”. Nikt z założycieli i działaczy stowarzyszenia nie pobiera grosza z tego, co ludzie wpłacają na nasze konto. Wszyscy działamy społecznie. Bo życie tylko dla siebie nie ma sensu.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz
lek. med. Iwona Kiełtyka
lek. med. Iwona Kiełtyka

lek. med. Iwona Kiełtyka

Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” Lekarz i Społecznik

ROZMOWA Z LEK. MED. IWONĄ KIEŁTYKĄ, NEUROLOGIEM,
W LATACH 2000-2003 ORDYNATOREM ODDZIAŁU NEUROLOGII
WOJEWÓDZKIEGO SZPITALA ZESPOLONEGO W CZĘSTOCHOWIE,
A TAKŻE DZIAŁACZKĄ SPOŁECZNĄ.

Pani Doktor, ukończyła Pani Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Krakowie. Dlaczego wybrała Pani ten właśnie kierunek studiów?

Nie byłoby prawdą, gdybym powiedziała, że zawsze marzyłam o tym, aby zostać lekarzem. Tak nie było. Przede wszystkim chciałam studiować w Krakowie. Najważniejszym czynnikiem była natomiast chęć i świadomość podjęcia takiego kierunku studiów, który byłby ciekawy i zapewniłby mi przyszłość. Dlatego chociaż bardzo interesowała mnie astronomia, to za radą rodziców wybrałam medycynę.

Jest Pani neurologiem. Co skłoniło Panią do wyboru tak trudnej specjalizacji?

Wybór mojej specjalizacji był złożony – główną motywacją była chęć zmierzenia się z trudnymi problemami schorzeń neurologicznych u dzieci i dorosłych. W tamtych czasach, aby stwierdzić, z jakimi uszkodzeniami w układzie nerwowym mamy do czynienia, musiały wystarczyć badanie pacjenta, własna wiedza i trochę wyobraźni. Ogromnym problemem była pogłębiona diagnostyka różnicowa i możliwość skutecznego leczenia tego rodzaju schorzeń. Dlatego dość szybko ukończyłam specjalizację pierwszego, a potem drugiego stopnia. Nigdy nie żałowałam tego wyboru, a z biegiem lat stwierdzam, że neurologia podoba mi się jeszcze bardziej.

Które zagadnienia z neurologii szczególnie Panią Doktor zainteresowały?

Początkowo, dzięki mężowi, zainteresowały mnie – jeszcze wtedy mało popularne – metody tworzenia sieci neuronowych. Z klinicznego punktu widzenia ciekawią mnie natomiast zagadnienia z zakresu zespołów otępiennych, padaczki, neurobiologii mózgu oraz neurodiagnostyki. W praktyce miałam możliwość się z nimi zapoznać, pracując przez wiele lat na Oddziale Neurologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie na stanowisku zastępcy ordynatora, a przez pewien okres także i ordynatora tegoż oddziału.

Przez większość życia brała Pani udział w wielu projektach społecznościowych. Dostrzegła to Kapituła Nagrody Zaufania Złoty OTIS w kategorii „Lekarz i Społecznik”. Czy zaskoczyła Panią przyznana statuetka?

Tak, byłam bardzo zaskoczona. Nigdy bowiem nie patrzyłam na swoją działalność przez pryzmat chęci otrzymania za nią nagrody. Czasy, w których rozpoczynałam pracę, były trudne, ale docierały do mnie wciąż aktualne słowa doktora Władysława Biegańskiego, zresztą też Częstochowianina, że: „nie będzie dobrym lekarzem, kto nie jest dobrym człowiekiem”.

To rzeczywiście piękne słowa. Czy mogłaby Pani zatem przybliżyć czytelnikom „Świata Lekarza” swoją działalność społeczną?

Początki mojej działalności społecznej związane są z dość trudnymi dla lekarzy czasami w Polsce. Zdecydowanie gorzej wiodło się jednak polskim lekarzom ze Wschodu. Dlatego świadoma tej sytuacji, brałam udział w organizacji Kongresów Polonii Medycznej. Był to gest w stronę tych lekarzy, aby zobaczyli, że o nich pamiętamy. Organizowaliśmy dla nich sympozja, którymi byli zachwyceni. Ponadto od wielu lat jestem członkiem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, a przez dwie kadencje byłam w jego Zarządzie Głównym. Pełnię także funkcję sekretarza Zarządu Towarzystwa Lekarskiego Częstochowskiego. Wraz z Towarzystwem Lekarskim Częstochowskim i Okręgową Izbą Lekarską w Częstochowie organizowałam wiele konferencji, cieszących się dużym zainteresowaniem.

Towarzystwo Lekarskie Częstochowskie oddelegowało Panią do prac w sesjach Forum Kobiet Ziemi Częstochowskiej. Co to za przedsięwzięcie i czym się Pani zajmuje?

Jest to przedsięwzięcie o charakterze społecznym, moralnym, które cieszy się dużym zainteresowaniem mieszkańców ziemi częstochowskiej. Dlatego też obecnie przekształcamy się w Stowarzyszenie Kobiet Ziemi Częstochowskiej, aby mieć większe możliwości działania dla potrzeb regionu. Rola kobiety we współczesnym świecie i stawiane wobec niej oczekiwania podlegają dynamicznym zmianom. Forum pozwala odnaleźć się kobietom w tej zmieniającej się rzeczywistości i czynnie uczestniczyć w życiu środowiska. Często występuję w trakcie Forum z prelekcjami o tematyce neurologicznej, ale przedstawionymi w sposób przystępny i ciekawy. Przykładem mogą być zagadnienia powstawania emocji czy skomplikowana geneza pamięci.

Czy pomiędzy tak licznymi obowiązkami zawodowymi i społecznymi znajduje Pani czas na rozwijanie innych pasji życiowych?

Czas musi się znaleźć. Od najmłodszych lat uwielbiałam czytać książki – ukryta z nimi pod kołdrą, z latarką w dłoni. Moją największą pasją jest również zwiedzanie najodleglejszych zakątków świata, obserwowanie przyrody oraz życia innych kultur społecznych. Kocham również chodzić po górach i jeździć na nartach. Moja rodzina zdecydowanie preferuje czynne sposoby odpoczynku.

O czym marzy laureatka nagrody Złoty OTIS?

Chciałabym zobaczyć zakątki świata, w których jeszcze nie byłam. Jednakże takim największym moim marzeniem – naprawdę wielkim – jest znaleźć więcej możliwości i czasu, aby widzieć się z moimi ukochanymi wnuczkami, które obecnie są bardzo daleko.

Rozmawiała Anna Bitner-Łukowska
dr n. med. Sebastian Kwiatek
dr n. med. Sebastian Kwiatek

dr n. med. Sebastian Kwiatek

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za osiągnięcia naukowe w medycynie fizykalnej

ROZMOWA Z DR. N. MED. SEBASTIANEM KWIATKIEM Z ODDZIAŁU KLINICZNEGO CHORÓB WEWNĘTRZNYCH, ANGIOLOGII I MEDYCYNY FIZYKALNEJ SZPITALA SPECJALISTYCZNEGO W BYTOMIU.

„Taki młody, a już taki dobry”, „Widać, że lekarz z pasją, a takich dziś Niewielu”, „Jeszcze nikt nie wykonał mi tak fachowo badania USG i tak dokładnie go nie opisał, a miałem już ich sporo”. To tylko niektóre z opinii, jakie o Panu słyszałam. Patrząc na to, co Pan robi jako lekarz, na oddziale i na Pana zainteresowania naukowe, to wszystko potwierdza te głosy. Kim Pan czuje się bardziej, lekarzem praktykiem czy naukowcem? Pana pasją jest medycyna fizykalna?

Nie mógłbym chyba tego rozdzielić. Już będąc na studiach interesowałem się diagnostyką endoskopową, szczególnie pod kątem możliwości jej Stosowania w diagnostyce przed- i nowotworowej. Bez endoskopii trudno dziś sobie wyobrazić diagnostykę, daje ona ogromne możliwości. I jeśli Endoskopista jest profesjonalistą, to rozpoznawanie i leczenie chorób staje
się dużo łatwiejsze, co oczywiście przekłada się na rokowania dla pacjenta.

Za sukces, już na początku swojej drogi zawodowej, może Pan niewątpliwie uznać stworzenie kamery spektralnej do diagnozy i terapii fotodynamicznej nowotworów. To coś, czego chyba jeszcze nie było?

Diagnostyka i terapia fotodynamiczna – PDT, z ang. photodynamic therapy, ma coraz szersze zastosowanie w leczeniu stanów przednowotworowych i nowotworowych. Zalety tej metody to przede wszystkim duża skuteczność, wybiórczość działania, powtarzalność, minimalna inwazyjność i brak działań niepożądanych. I nie jest to tak bardzo nowa metoda, choć i nie tak stara, jej początki sięgają pierwszych lat ubiegłego wieku. To Oskar Raabe pierwszy opisał efekt fototoksyczny w komórkach poddawanych działaniu światła. Uzyskane przez siebie rezultaty potwierdził w pierwszych Badaniach klinicznych, przeprowadzonych u pacjentów z nowotworami skóry i ze zmianami skórnymi w przebiegu gruźlicy. W późniejszych latach następował dalszy rozwój tej metody, do czego przyczynił się również rozwój aparatury światłowodowej i farmakologii. Dzięki możliwości
transmitowania światła za pomocą światłowodu możliwe stało się dostarczanie energii świetlnej o ściśle określonych parametrach do narządów dostępnych endoskopowo.

Jakie to ma konkretne przełożenie na diagnostykę nowotworów?

Mówiąc najbardziej ogólnie – wykorzystanie technik fotodynamicznych podczas badania endoskopowego ułatwia rozpoznanie ognisk nowotworowych nawet we wczesnym stadium, wykrywanie nawrotów nowotworów, a także precyzyjne pobieranie wycinków tkankowych do
badania histopatologicznego.

Wróćmy jednak do tego światła, będącego, jak mi się wydaje, chyba podstawą w terapii fotodynamicznej. Na czym polega jego działanie i wykorzystanie?

Terapia fotodynamiczna polega na wykorzystaniu światła o określonej długości fali do wzbudzania w komórkach reakcji fotodynamicznej, która ma prowadzić do śmierci nieprawidłowych komórek. Może to się odbywać w sposób bezpośredni lub pośredni. Pozwala na selektywne niszczenie tkanek bez uszkodzenia tkanek zdrowych. Do wzbudzania światła w metodzie fotodynamicznej wykorzystuje się lasery, diody Elektroluminescencyjne i lampy, wyposażone w odpowiednie filtry.

A jak w to wszystko wpisuje się kamera spektralna?

To kamera do wykonywania spektrografii fotodynamicznej, a więc jak najbardziej wpisuje się w fotodynamiczną diagnostykę i terapię. Jeden Ruch, jedno kliknięcie i już obrazujemy nowotwór. Kamerę i odpowiedni do niej algorytm zbudowaliśmy wraz z prof. Aleksandrem Sieroniem z zespołem Ośrodka Diagnostyki i Terapii Laserowej w Bytomiu i pracownikami Politechniki Śląskiej. Jest faktycznie unikatowa, prezentowaliśmy ją na targach wynalazczości w Brukseli, gdzie wzbudziła spore zainteresowanie.

Czy już można z niej korzystać?

Jeszcze ją testujemy, udoskonalamy, ale jest już wykorzystywana na naszym oddziale. Myślę, że całkiem niedługo będzie ją można wdrożyć, bo sądzę, że każdy ośrodek zechce mieć taki sprzęt. Oczywiście pozostają jeszcze sprawy administracyjne, no, ale to już poza nami.

Pańskie zainteresowania metodą fotodynamiczną znalazły także odzwierciedlenie w temacie Pańskiej pracy doktorskiej.

Istotnie, tytuł mojej pracy brzmi: „Analiza autofluorescencji i fluorescencji oraz biopsja optyczna zmian proliferacyjnych skóry i przełyku”.

Mając tyle na głowie – i codzienna praca na oddziale, i naukowa – znajduje Pan jeszcze czas na relaks?

Jestem zapalonym płetwonurkiem, jeżdżę po świecie z grupą takich samych zapaleńców, zwiedzam świat z przyjaciółmi i rodziną, robię w trakcie tych podróży zdjęcia, filmy. Ponadto gram na gitarze, na pianinie.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Pierwsza część relacji z Gali Rozdania Nagród „Złoty Otis 2019”

autor filmu: Oskar Klukowski 
mgr Natalia Czajka
mgr Natalia Czajka

mgr Natalia Czajka

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za debiut w medycynie

Jest Pani współautorką metody rehabilitacji dla pacjentów z zaburzeniami przetwarzania słuchowego – tzw. Stymulacji Polimodalnej Percepcji Sensorycznej metodą Skarżyńskiego (SPPS-S). Dla kogo jest ta terapia, kto może odnieść z niej korzyści?

Terapia SPPS-S jest przeznaczona dla osób z centralnymi zaburzeniami przetwarzania słuchowego, czyli z nieprawidłowym przetwarzaniem bodźców słuchowych przez mózg. W przeciwieństwie do zaburzeń m.in. typu odbiorczego, przewodzeniowego czy mieszanego, gdzie stosujemy aparaty słuchowe, różnego rodzaju implanty słuchowe, tym pacjentom możemy pomóc jedynie poprzez rehabilitację. Polega ona na stymulowaniu określonych ośrodków zlokalizowanych w korze słuchowej w naszym mózgu. Centralne zaburzenia przetwarzania słuchowego występują
u kilku proc. osób w ogólnej populacji – literatura podaje, że do 5 proc. Ale są one znacznie częstsze, np. u dzieci ze specyficznymi zaburzeniami mowy i języka czy dysleksją – dotyczą wtedy nawet kilkudziesięciu procent
z nich. Również ludzie w starszym wieku cierpią na ten rodzaj zaburzeń. Przyczynia się do tego m.in. pogorszenie słuchu obwodowego, czyli to, że nasz słuch fizycznie wraz z wiekiem pogarsza się.

Czy zastosowanie SPPS-S ma jakieś ograniczenia wiekowe?

Nie ma górnej granicy wieku, do której możemy stosować tę metodę. Istnieje natomiast ograniczenie dotyczące dolnej granicy. U dzieci mniej więcej poniżej 6. roku życia nie powinno się stosować tak intensywnej formy rehabilitacji, ze względu na niedokończone procesy dojrzewania centralnego układu nerwowego oraz ograniczenia wynikające z możliwości przeprowadzenia diagnozy u dzieci młodszych.

Na czym polega rehabilitacja metodą SPPS-S i jak przebiega?

Terapia ma minimum trzy poziomy, a każdy z nich składa się z trzech faz – z osłuchu specjalnie modyfikowanego materiału dźwiękowego, relaksacji oraz gier psychoedukacyjnych. Jeden poziom trwa pięć dni, po około trzech godzin dziennie, i jest indywidualnie programowany dla danego pacjenta.

Do terapii wykorzystywany jest bardzo nowoczesny multimedialny zestaw, którego skład wchodzą: iPad oraz podłączona do niego specjalna przystawka ze słuchawkami na przewodnictwo powietrzne i kostne oraz z wbudowanym mikrofonem. Przystawka modyfikuje dźwięki i przepuszcza je przez różnego rodzaju filtry, odcinające dźwięki od konkretnych częstotliwości. Wykonuje też tzw. bramkowanie dźwięku, czyli rozdziela go na przewodnictwo powietrzne i kostne. Jak wspomniałam, każdy poziom terapii składa się z trzech faz.

Podczas pierwszej fazy, czyli biernego odsłuchu modyfikowanego materiału dźwiękowego, dzieci mają dużą dowolność w formie spędzania czasu, mogą m.in. bawić się – układać puzzle, rysować, lepić z plasteliny. Nie muszą skupiać się na odsłuchu, tutaj całą pracę wykonuję sprzęt.

Następną fazą jest faza relaksacji. Pacjenci kładą się na ok. 20 minut, w słuchawkach jest odprężająca muzyka, a na jej tle słychać lektora, który wprowadza dzieci w różnego rodzaju techniki relaksacyjne, m.in. wizualizacje, ćwiczenia oddechowe.

W ostatniej fazie pacjenci grają w specjalnie opracowane gry psychoedukacyjne. Nasza terapia, jako jedyna na rynku, ma bardzo rozbudowany element psychoedukacji. Warto podkreślić, że układ słuchowy jest silnie powiązany z układem emocjonalnym. Dlatego w trzeciej fazie dzieci są edukowane – w formie gier i zabaw – m.in. jak nazywać emocje, jak reagować. To jest coś, co na pewno wyróżnia te metodę.

Po zakończeniu pierwszego poziomu mamy miesiąc przerwy w treningu, aby efekt się utrwalił. Układ słuchowy musi się zaadaptować do zmian. Następnie wykonujemy dalszą diagnostykę i programowany jest kolejny poziom rehabilitacji. Potem znowu jest miesiąc przerwy i trzeci poziom. U większości pacjentów te trzy poziomy wystarczają. Ale gdy nie uzyskujemy zadowalających efektów, niektóre poziomy powtarzamy.

Jakie zadanie spełnia pierwsza faza takiego treningu?

Ze względu na szereg modyfikacji dźwięków, za które odpowiada przystawka, w SPPS-S oddziałujemy na poprawę uwagi słuchowej. Badania obrazowania mózgu za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) wykonane u pacjentów przed stymulacją słuchową i po stymulacji wykazały, że pewne obszary mózgu odpowiedzialne za uwagę słuchową są bardziej aktywne.

Dzięki zastosowaniu w przystawce mechanizmu bramkowania dźwięku, ćwiczone są mechanizmy akomodacyjne ucha środkowego. Mięśnie w uchu środkowym (napinacz błony bębenkowej oraz strzemiączkowy) są dodatkowo stymulowane – to jest taka mikrogimnastyka. Ponadto, trzeba pamiętać, że im bardziej stymulujemy określony ośrodek w naszym mózgu konkretnymi bodźcami, tym bardziej staramy się pobudzić go do pracy, uaktywnić. Dlatego tak filtrujemy dźwięki w fazie odsłuchu, żeby uwrażliwić rehabilitowanych pacjentów na pasmo mowy. Dzieci uczą się, że spośród dźwięków dochodzących z otoczenia dźwięki z pasma mowy powinny być dla nich najbardziej interesujące.

Czy ten trening trzeba stosować koniecznie w ośrodku?

Nie. Ten sprzęt można zapakować i zabrać go ze sobą wszędzie. Dlatego terapię SPPS-S można wykonywać zarówno stacjonarnie w ośrodku, jak i w domu. Wtedy terapeuci programują pacjentom trening, a oni wypożyczają
sprzęt do domu. Następnie spotykają się z terapeutą w ściśle określonych odstępach czasu, by weryfikować skuteczność realizowanych poziomów terapii. Jest to wygodne szczególnie dla pacjentów mieszkających poza dużymi miastami, bo nie muszą codziennie przyjeżdżać do ośrodka.

Jaka jest skuteczność tej metody?

Obecnie czekamy na przyjęcie do druku naszego artykułu z danymi na ten temat. Ale ogólnie oceniamy ją bardzo wysoko. Zaletą tej metody jest to, że jej efekty weryfikuje się po każdym kolejnym poziomie. Jeżeli na przykład po pierwszym etapie nie uzyskamy spodziewanych efektów, to program automatycznie przelicza wszystkie algorytmy, wszystkie wprowadzone dane dotyczące pacjenta, żeby jak najlepiej dostosować do niego terapię

Ile czasu zajęło dopracowanie metody SPPS-S?

SPPS-S to narzędzie, które zostało opracowane przez zespół Centrum Słuchu i Mowy MEDINCUS oraz Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach. Od 2009 r. do 2011 r. pracowaliśmy nad różnymi prototypami, a od 2011 r. rozpoczęły się bardzo intensywne prace nad ostateczną formą urządzenia, a także nad opracowywaniem realizowanej za jego pomocą terapii. W 2014 r. rehabilitacja słuchowa tą metodą została wdrożona w kilkunastu miastach w Polsce. Obecnie jest dostępna w dwóch wersjach językowych – polskiej i rosyjskiej. W zagranicznych ośrodkach, z którymi współpracujemy, metoda z powodzeniem prowadzona jest m.in. w Kirgistanie, na Ukrainie, jak również w Rosji.

Rozmawiała Urszula Piasecka

Bożena Stasiak

Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” w kategorii media i zdorwie

Dziennikarką chciała być „od zawsze”, choć, kiedy będąc na studiach zajęła się pilotowaniem wycieczek zagranicznych, przez jakiś czas zastanawiała się, czy nie zostać zawodową pilotką… Przeważyło jednak dziennikarstwo, być może dlatego, że lubiła pisać, poznawać nowych ludzi, no i dość wcześnie, bo jeszcze w liceum, pisała artykuły do pism młodzieżowych, potem studenckich.

Jako kierunek studiów wybrała lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim, ze względu na to, że interesowało ją również poznawanie języków obcych i miała łatwość uczenia się ich (angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, na studiach poznawała też starogrecki i łacinę). Poza tym wówczas ukończenie tego wydziału dawało możliwość pracy w dyplomacji. Ukończyła dziennikarstwo podyplomowe, również na Uniwersytecie Warszawskim, oraz kierunek Germanistik -Journalistik na Uniwersytecie w Lipsku.

Studiując na wydziale dziennikarstwa, rozpoczęła pracę w ówczesnej redakcji kulturalnej TVP, w Pegazie, gdzie robiła reportaże z terenu. Potem rozpoczęła pracę w „Expressie Wieczornym” i już wtedy zaczęła się interesować tematyką zdrowia i szeroko pojętą medycyną. Kolejnym etapem w jej życiu zawodowym był – i pozostał do dziś – „Super Express”. Na początku pisała reportaże wcieleniowe.

Potem na dobre zajęła się tekstami medycznymi, zarówno czysto informacyjnymi, jak i interwencyjnymi. Teksty red. Bożeny Stasiak ukazywały się m.in. w tygodniku „Wprost”, „Do Rzeczy”. Jest autorką lub współautorką medycznych poradników, np. „Nowa sztuka kochania”, „Nie mogę schudnąć, dlaczego?”. Od dwóch lat współpracuje z miesięcznikiem „Świat Lekarza”.

Otrzymała wiele nagród i wyróżnień w konkursach organizowanych
przez Stowarzyszenie Dziennikarze dla Zdrowia i w konkursie „Kryształowe Pióro”. Jest warszawianką od pokoleń, ma męża i dwoje
dzieci. Poza medycyną, która jest jej pasją, interesują ją filmy, zwłaszcza thrillery medyczne, kuchnia, podróże, rośliny, ogrodnictwo. Bożena uważa, że to, co najlepsze, jeszcze jest przed nią.

prof. Marek Wojtukiewicz
prof. Marek Wojtukiewicz

prof. Marek Wojtukiewicz

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za propagowanie profilaktyki i wczesnego wykrywania raka jelita grubego

ROZMOWA Z PROF. MARKIEM WOJTUKIEWICZEM, KIEROWNIKIEM KLINIKI ONKOLOGII UM W BIAŁYMSTOKU, ORDYNATOREM ODDZIAŁU ONKOLOGII KLINICZNEJ IM. EWY PILECKIEJ Z PODODDZIAŁEM CHEMIOTERAPII DZIENNEJ BIAŁOSTOCKIEGO CENTRUM ONKOLOGII.

Z powodu raka jelita grubego (RJG) codziennie umierają w Polsce 33 osoby. Ilu chorych udało się uratować w Pana klinice?

To trudne pytanie, na które nie da się odpowiedzieć precyzyjnie i wprost, ponieważ działamy na dwóch frontach. Mamy chorych paliatywnych, u których doszło do uogólnienia procesu nowotworowego i tam de facto nie ma mowy o wyleczeniu, ale jedynie o zapewnieniu choremu możliwie najlepszej jakości życia przez jak najdłuższy czas. Natomiast drugim elementem działalności jest chemioterapia pooperacyjna. Tutaj onkologia kliniczna ma znaczący udział w zakresie odsetka pacjentów wyleczonych.
Jednak trudno ocenić to statystycznie w odniesieniu do jednego oddziału. Nasza klinika dokłada cegiełkę do muru, który stawiają chirurdzy przeprowadzający radykalne leczenie operacyjne.

Znaczące powinny być też badania przesiewowe, ale przynoszą słabe efekty.

Badania skriningowe są bardzo istotnym narzędziem walki z chorobą nowotworową. Kolonoskopia pozwala wykryć RJG na wczesnym etapie zaawansowania procesu nowotworowego. Ocenia się, że na 1000 wykonanych kolonoskopii ok. 30 osób, dzięki temu badaniu, uniknie raka. Jest to zatem metoda efektywna, ale w zbyt małym stopniu wykorzystywana przez osoby mające szansę na bycie poddanym endoskopii. To badanie jednak nie zawsze wywołuje w społeczeństwie wyłącznie pozytywne skojarzenia. Pojawiają się bowiem informacje dotyczące dolegliwości i uciążliwości związanych z jego wykonaniem, które w wielu przypadkach są przesadzone.

Najczęściej mówi się o bólu.

Jeśli chory trafia na wykwalifikowanego endoskopistę, bardzo często nie odczuwa dolegliwości lub są one tak niewielkie, że trudno je uznać za rzeczywistą przeszkodę w wykonaniu badania. W wielu przypadkach udaje
się przeprowadzić kolonoskopię bez konieczności zastosowania środków znieczulających, jednak osobom o niskim progu bólu, po operacjach na jamie brzusznej, etc. można zaproponować krótkotrwałą analgezję. Badania naukowe pokazują, że zasadniczą przeszkodą dla osób mających poddać się kolonoskopii nie jest ból per se, ale głównie nieprzyjemna i krępująca sytuacja, z jaką przyjdzie im się zmierzyć w trakcie badania.

Jednak znieczulenie nie jest dla wszystkich.

Rzeczywiście, należałoby zadbać o zapewnienie szerszego dostępu do kolonoskopii w warunkach krótkotrwałego znieczulenia. Należy też zadbać o budowanie właściwej świadomości na temat tych badań, ryzyka i rzeczywistych korzyści z nich wynikających. Niestety, społeczeństwo często czerpie wiedzę z prawd obiegowych, które nie są zgodne z rzeczywistością i nie służą sprawie.

Warto podkreślić, że jeśli kolonoskopie wykonywane są w ramach programu badań przesiewowych (rocznie ok. 100 tys.), to w ok. 75 proc. przypadków wykrywa się nowotwory w I i II stadium zaawansowania. Jeżeli robi się to poza tym programem, a takie badania stanowią większość, wówczas szansa wykrycia raka we wczesnym stadium zaawansowania klinicznego jest na poziomie poniżej 50 proc. Pesymizmem napawa fakt, że program badań przesiewowych z zastosowaniem kolonoskopii jest w Polsce wykorzystywany w zaledwie 20 proc.

Przyznana Panu Nagroda Zaufania Złoty OTIS to okazja do podsumowania Pana dokonań. Z których jest Pan dumny, o których chciałby Pan zapomnieć?

Staram się tak prowadzić życie zawodowe i naukowe, by nie stwarzać sytuacji, o których chciałbym zapomnieć. Oczywiście brakuje nam niektórych możliwości leczenia i nieco odstajemy w tym zakresie od Europy
Zachodniej. Należy jednak pamiętać o dystansie, który dzieli nas od niej w sferze ekonomicznej. W związku z tym musimy oszczędnie gospodarować środkami. Ostatnio sporo dobrego zostało zrobione dla chorych na RJG. Przybliżyliśmy się do tego, czym dysponuje świat w zakresie nowoczesnej farmakoterapii. Jednak idealna sytuacja byłaby wtedy, gdybym patrząc w oczy chorego, mógł powiedzieć, że dysponujemy wszystkimi metodami dostępnymi na świecie. Ale tak nie dzieje się nigdzie. To właśnie jest najtrudniejsze w codziennej praktyce klinicznej lekarza.

Przyznana nagroda stanowi jedynie dodatek do rzetelnie wykonanej pracy. Cieszy mnie to, że działalność na rzecz chorych i potrzebujących jest oceniana, bo podkreśla to rangę problemów chorych na raka. Jednak największą satysfakcję daje fakt, że coraz więcej możemy dla nich zrobić w zakresie diagnostyki i leczenia. I to mnie motywuje.

Rozmawiał Waldemar Nowak
prof. Małgorzata Myśliwiec
prof. Małgorzata Myśliwiec

prof. Małgorzata Myśliwiec

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za osiągnięcia w endokrynologii i diabetologii dziecięcej

ROZMOWA Z PROF. DR HAB. N. MED. MAŁGORZATA MYŚLIWIEC,
KIEROWNIKIEM KATEDRY I KLINIKI PEDIATRII, DIABETOLOGII
I ENDOKRYNOLOGII GDAŃSKIEGO UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO.

Co uważa Pani za najważniejsze w swojej pracy lekarza i co daje Pani satysfakcję?

Dobrą współpracę ze wszystkimi podmiotami i osobami związanymi z dziedziną diabetologii, wspólne dążenie do osiągnięcia celu, jakim jest zapewnienie jak najlepszego leczenia chorych na cukrzycę. Diabetologia
stała się dla mnie prawdziwą pasją, przygodą, możliwością poznania wspaniałych ludzi, którzy w trudnych czasach tworzyli diabetologię dziecięcą: pani prof. Ewy Otto- Buczkowskiej, pana prof. Jerzego Bodalskiego oraz przyjaciół, z którymi współpracuję od ponad 20 lat.
Szczególnie dziękuję prof. Przemysławie Jarosz-Chobot, prof. Agnieszce Szadkowskiej, prof. Wojtkowi Młynarskiemu, bez których nie byłoby współczesnej diabetologii dziecięcej w Polsce. Stanowimy zgrany zespół diabetologów dziecięcych, którzy wymagają od siebie ciężkiej pracy, stałego pogłębiania wiedzy i zwiększania kompetencji oraz ludzkiego podejścia do pacjentów, zarówno od naszych młodszych kolegów, jak i przede wszystkim od siebie. Dzięki naszemu ogromnemu zaangażowaniu oraz profesjonalizmowi obecnie rozpoznanie cukrzycy u dziecka przestało brzmieć jak wyrok, jednak nadal jest to ogromne przeżycie dla dziecka i jego całej rodziny.

Zaangażowanie Sekcji Pediatrycznej Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego (PTD), której w latach 2012-2016 miałam zaszczyt pełnić funkcję przewodniczącej, a w latach 2008-2012 i 2016-2020 wiceprzewodniczącej, zaowocowało stworzeniem scentralizowanego systemu opieki nad młodzieżą i dziećmi z cukrzycą, stworzeniem pełnego zespołu diabetologicznego – lekarza ze specjalizacją diabetologii lub diabetologii i endokrynologii dziecięcej, pielęgniarki edukacyjnej, dietetyka,
psychologa. Dzięki tak wypracowanemu modelowi jakość opieki nad dzieckiem chorym na cukrzycę typu 1 w Polsce, jak również jego rodziną, jest najlepszym modelowym rozwiązaniem.

Uwzględniając ciągłość choroby, jaką jest cukrzyca typu 1, jej przewlekły charakter, możliwość ujawnienia się w każdym wieku powikłań naczyniowych, konieczność zapewnienia elastycznej transmisji ze specjalistycznej opieki pediatrycznej do internistycznej, zbliżyły diabetologię pediatryczną do diabetologii internistycznej. Współpraca diabetologów, pediatrów i internistów jest dzisiaj godna podziwu i podkreślenia, zarówno na polu naukowym, jak i klinicznym (wspólne zalecenia opieki diabetologicznej PTD wydawane od 2005 roku), czy administracyjnym (4 pediatrów-diabetologów, w tym moja osoba, jest członkami Zarządu Głównego PTD). Pragnę podkreślić wspaniałą, godną do naśladowania współpracę z obecnym Prezesem PTD, prof. Maciejem Małeckim i prezesem-elektem, panią prof. Dorotą Zozulińską-Ziółkiewicz.

W czasie mojej diabetologicznej przygody naukowej poznałam prof. Katarzynę Zorenę, z którą pracę naukową traktowałyśmy jako pasję, kolejne doniesienia zjazdowe i publikacje były wynikiem naszych licznych
dyskusji nad poszukiwaniem mechanizmów rozwoju mikroangiopatii cukrzycowej. Nasza już ponad 15-letnia współpraca jest przykładem nie tylko osiągnięć naukowych i klinicznych uzyskiwanych dzięki interakcji klinicysty z immunologiem, ale doprowadziła również do zawiązania
przyjaźni rodzinnych.

Jak to się stało, że zajęła się Pani m.in. leczeniem cukrzycy u dzieci?

Moja przygoda z diabetologią i endokrynologią dziecięcą rozpoczęła się przypadkowo. Bezpośrednio po ukończeniu studiów na Wydziale Lekarskim GUMed, pracując w Poradni Pediatrycznej, każdy wolny czas spędzałam w Klinice Pediatrii, Hematologii, Onkologii i Endokrynologii, którą kierowała prof. Anna Balcerska. Początkowo wiązałam swoją przyszłość zawodową z onkologią dziecięcą. Pewnego dnia prof. A. Balcerska zaproponowała mi pracę w Wojewódzkiej Poradni Diabetologicznej, tłumacząc potrzebę mojego zatrudnienia w poradni o profilu diabetologicznym znacznym wzrostem liczby zachorowań na cukrzycę wśród dzieci i młodzieży w województwie pomorskim. Od początku mojej pracy zawodowej prof. A. Balcerska była dla mnie ogromnym autorytetem i podjęcie pracy w nieznanej mi jeszcze wówczas dziedzinie medycyny potraktowałam jako wyzwanie.

Od kilku lat prowadzicie Państwo badania nad szczepionką Treg. Na czym polega ta terapia?

Cukrzyca typu 1 to choroba autoimmunologiczna, która rozwija się w wyniku zniszczenia przez własny układ odpornościowy pacjenta komórek β trzustki produkujących insulinę. Znaczny niedobór insuliny prowadzi do rozwoju objawów klinicznych cukrzycy typu 1. Nowatorska terapia wykorzystuje własne komórki T regulatorowe pacjenta, których wraz z rozwojem procesu autoimmunologicznego jest coraz mniej, do przeciwdziałania temu procesowi.

W terapii izoluje się z krwi chorego tzw. limfocyty regulatorowe (Tregs), które potrafią zatrzymać proces niszczenia komórek produkujących insulinę przez układ odpornościowy. Komórki te namnaża się w dużych ilościach w laboratorium kierowanym przez prof. dr. hab. med. Piotra Trzonkowskiego we współpracy z prof. dr hab. Natalią Marek-Trzonkowską, a następnie podaje się je zwrotnie pacjentowi. Po raz pierwszy na świecie został opracowany przez wymienionych naukowców
protokół izolacji i produkcji komórek regulatorowych do celów terapii klinicznej, jak również po raz pierwszy zastosowano ten lek w leczeniu dzieci chorych na cukrzycę typu 1. W przeciwieństwie do standardowo
stosowanych leków immunosupresyjnych, komórki Tregs nie osłabiają ogólnej odporności pacjenta, a u chorych, którzy je otrzymali, nie obserwuje się istotnych objawów ubocznych. Dotychczas z powodzeniem zastosowaliśmy terapię Tregs u 63 dzieci z nowo rozpoznaną cukrzycą typu 1 w ramach środków pozyskanych z grantów naukowych, w tym grantu STRATEGMED z NCBiR.

Wydłużyliśmy okres remisji choroby, czyli czas, gdy pacjent wydziela własną insulinę. Oczywiście, nie wydziela on jej w takich ilościach jak osoba zdrowa, jednak biorąc pod uwagę specyfikę choroby śmiało można stwierdzić, że jest to fenomen na skalę światową. Terapię zastosowaliśmy u dzieci z już rozpoznaną cukrzycą typu 1, a objawy kliniczne choroby pojawiają się, gdy zniszczonych pozostało ponad 80-90 proc. komórek β trzustki. Tak więc możemy chronić jedynie pozostałe 10-20 proc. komórek. Ale ochrona nawet tych 10-20 proc. komórek prawidłowo wydzielających insulinę ma daleko idące implikacje kliniczne. Pierwsze lata choroby mają kluczowe znaczenie, gdyż decydują one o przyszłości dziecka w zakresie rozwoju późnych powikłań naczyniowych. Istnieje tzw. pamięć metaboliczna: jeżeli u dziecka poziom glikemii często pozostaje powyżej normy, to jest to czynnik ryzyka rozwoju późniejszych powikłań cukrzycy. Kluczowy pod względem utrzymania prawidłowych poziomów glikemii jest pierwszy okres choroby.

Udaje się Pani łączyć ją z obowiązkami domowymi i rodzinnymi?

Można te sfery połączyć, pod warunkiem, że ma się wsparcie najbliższych. Mąż od początku wiedział, że kocham swój zawód. Wiedział również, że poza miłością do medycyny jest jeszcze w moim życiu osobistym miejsce na trzy miłości: do męża Dariusza, syna Artura i córki Karoliny.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz
dr Paweł Gąsior
dr Paweł Gąsior

dr n. med. Paweł Gąsior

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za osiągnięcia w biotechnologii w roku 2018

Technologia bioresorbowalnych stentów wieńcowych ma przed sobą przyszłość. Obecnie rozwijane są 34 nowe platformy stentów bioresorbowalnych nowej generacji, m.in. o mniejszej grubości przęseł i krótszym czasie biodegradacji.

Na czym polega przewaga bioresorbowalnych stentów wieńcowych nad klasycznymi metalowymi stentami?

Klasyczne metalowe stenty wieńcowe, używane w trakcie przezskórnej angioplastyki, zapewniają rusztowanie dla naczynia, w którym udało się skutecznie poszerzyć zwężenie. To rusztowanie stanowi metalową klatkę, która zapobiega zamknięciu się naczynia we wczesnej oraz odległej fazie po zabiegu. O ile w przypadku fazy wczesnej jest to jak najbardziej pożądane,
o tyle w fazie odległej może wiązać się z pewnymi niedogodnościami, takimi jak np.: upośledzenie wazomotoryki naczynia oraz procesu remodelingu adaptacyjnego, brak możliwości przeprowadzenia pomostowania aortalno-wieńcowego w leczonym segmencie naczynia, a także ryzyko rozwoju przewlekłej reakcji zapalnej naczynia na znajdujący się w nim drażniący obcy materiał, czyli stent.

Całkowicie bioresorbowalne stenty zostały zaprojektowane w celu pokonania tych ograniczeń. Zapewniają rusztowanie dla naczynia we wczesnej fazie jego gojenia się po angioplastyce, a następnie – gdy ich rola jest zakończona – ulegają procesowi biodegradacji, pozostawiając za sobą tylko natywne naczynie.

Co sprawiło, że zajął się Pan pracą nad tym rodzajem stentów wieńcowych?

Idea „znikających” stentów wieńcowych, które po zakończeniu swojego działania ulegają procesowi biodegradacji, uwalniając tętnicę z metalowej klatki, wydawała mi się niezwykle intrygująca już w trakcie działalności naukowej w czasach studenckich. To były lata 2013-2015 i niestety w Polsce nie prowadzono wtedy badań rozwojowych nad tą technologią, a pierwsza generacja stentów bioresorbowalnych była w fazie badań klinicznych.

Dopiero w trakcie swojego stażu naukowego w Cardiovascular Research Foundation w Nowym Jorku w latach 2015-2017 miałem okazję brać udział w wielu badaniach nad nową generacją stentów bioresorbowalnych. Tematyka ta, z naciskiem na biomechanikę stentów, wczesne gojenie się naczynia oraz jego długoterminowy remodeling po implantacji rusztowania, stała się głównym obszarem moich zainteresowań podczas tego dwuletniego pobytu.

Ma Pan unikalny wkład w rozwój metodologii bioresorbowalnych stentów wieńcowych. Na czym on polega?

Dzięki pracom badawczym, które przeprowadziłem podczas stażu naukowego w Cardiovascular Research Foundation w Nowym Jorku, mieliśmy szansę udowodnić po raz pierwszy, że w przypadku stentów bioresorbowalnych szybkość procesu gojenia się po implantacji zależy w bardzo dużym stopniu od grubości przęseł stentu. Pierwsza generacja tentów biodegradowalnych zbudowana była z kwasu poli-L-mlekowego.
Ze względu na mechaniczne ograniczenia nie można było zredukować grubości przęseł tych stentów do poziomu stentów metalowych. W naszych badaniach udowodniliśmy, że redukcja grubości przęseł przy zachowaniu siły radialnej jest możliwa dzięki zastosowaniu amorficznego kwasu poli-L-mlekowego o ultrawysokiej masie cząsteczkowej. Ponadto udowodniliśmy na modelu zwierzęcym, że segmenty naczynia leczone stentami bioresorbowalnymi podlegają – w obserwacji czteroletniej – pozytywnym procesom przebudowy, a ich światło ulega powiększeniu, również w przypadku braku uwalniania z ich powierzchni leków antyproliferacyjnych. Przeprowadzone przez nas badania zakończyły
się wieloma publikacjami w czasopismach naukowych oraz kilkunastoma wystąpieniami na konferencjach międzynarodowych. Pozwoliły też zainicjować pierwsze badania kliniczne na ludziach z użyciem stentów biodegradowalnych nowej generacji.

Jaka jest przyszłość tej technologii? Nad czym obecnie trwają prace w tej dziedzinie?

Moim zdaniem ta technologia ma przed sobą przyszłość i potencjalnie szerokie zastosowanie. Półtora roku temu pojawiły się niepokojące doniesienia na podstawie długoterminowych wyników dużych badań klinicznych nad pierwszą generacją dopuszczonych do użytku medycznego rusztowań bioresorbowalnych (Absorb BVS). Wynikało z nich, że zastosowanie stentów Absrob BVS wiązało się większym ryzykiem wystąpienia bardzo groźnego niekorzystnego zdarzenia po implantacji – mianowicie zakrzepicy w stencie, w porównaniu z wiodącym na rynku stentem metalowym. Skutkiem tego było wycofanie Absorb BVS z rynku przez producenta. Oczywiście wielu badaczy w środowisku kardiologicznym ogłosiło wtedy koniec tej technologii. Moim zdaniem zdecydowanie przedwcześnie.

Należy pamiętać, że była to pierwsza generacja stentów bioresorbowalnych po raz pierwszy stosowana na tak dużą skalę. Każda nowa technologia ma na początku swoje problemy, które mogą potencjalnie zostać wyeliminowane przez jej kolejne generacje. Tak samo było w przypadku stentów metalowych, które z czasem coraz bardziej ewoluowały i w obecnej formie zdecydowanie różnią się od swojej pierwszej generacji, którą zaimplantowano u człowieka po raz pierwszy ponad 30 lat temu. Pierwszą generację stentów bioresorbowalnych można poprawić pod wieloma względami, m.in.: zwiększając ich siłę radialną oraz wytrzymałość na rozciąganie, dzięki czemu możliwa jest tak pożądana redukcja grubości przęseł, a także skracając biodegradacji, który w przypadku pierwszej generacji wynosił trzy lata.

Obecnie dostępne są już na rynku biodegradowalne stenty magnezowe o znacznie krótszym czasie biodegradacji. Można też zmienić architekturę stentów oraz geometrię przęseł tak, aby w mniejszym stopniu zaburzały one laminarny przepływ krwi, co ograniczy ich potencjał prozakrzepowy.

Z danych na wrzesień 2018 roku wynika, że obecnie w różnych fazach rozwoju są 34 nowe platformy stentów bioresorbowalnych – od badań typu bench-testing do pierwszych badań u ludzi. W związku z tym jestem spokojny o rozwój tej technologii i z niecierpliwością czekam na wyniki dużych badań.

Rozmawiała Urszula Piasecka
prof. Iwona Niedzielska
prof. Iwona Niedzielska

prof. Iwona Niedzielska

Prof. Iwona Niedzielska oraz zespół Oddziału Chirurgii Szczękowo-Twarzowej SPSK im. A. Mielęckiego SUM

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” za innowacyjny zabieg medyczny w roku 2018

W roku 2018 odniosła Pani Profesor wiele spektakularnych sukcesów w leczeniu swoich pacjentów. Jednym z szerzej komentowanych osiągnięć było przeprowadzenie operacji z użyciem pierwszego wykonanego w Polsce złożonego implantu 3D wykonanego na podstawie odbicia zwierciadlanego strony zdrowej. Na czym polega jego wyjątkowość?

To faktycznie był pierwszy w Polsce tak złożony implant. Zastępował aż trzy utracone struktury części twarzowej czaszki: trzy ściany oczodołu, kość jarzmową i szczękę. Pacjent czekał na zabieg aż dwa lata. Miał podwójne widzenie, stracił pracę i chęć do życia. Niestety, tradycyjne metody leczenia w tym wypadku by zawiodły.

Zaletą tego implantu było to, że został wykonany z polietylenu, materiału, który można przycinać i modelować w trakcie zabiegu. To było o tyle korzystne, że implant był zrobiony z naddatkiem i mogliśmy go dostosować do warunków śródoperacyjnych przez jego docięcie, aby uniknąć groźnych dla życia powikłań przy jego oryginalnych rozmiarach. Uzyskaliśmy imponujący wynik. Po tradycyjnych zabiegach u pacjentów, którzy mają podwójne widzenie, ustępuje ono dopiero po jakimś czasie od zabiegu. Nasz pacjent od razu ocenił, że widzi idealnie i czuje się na tyle dobrze, iż podjął starania o powrót do pracy. To było wyjątkowe. Ale tak naprawdę wyjątkowy był każdy wykonywany przez nas implant, który ze względu na rodzaj utraconych czy zdeformowanych tkanek twarzy pochłaniał wiele czasu w procesie jego projektowania i z tego powodu wiele firm odmawiało nam współpracy.

Pierwszy implant 3D, który zaprojektowaliśmy i wykonaliśmy – również w 2018 r. – był bardzo trudny, ponieważ dotyczył pacjentki po urazie wielonarządowym twarzy i kilku zabiegach operacyjnych, z których efektu
pacjentka nie była zadowolona. Kobieta przeszła kilka zabiegów w różnych klinikach, a jej twarz była bardzo zdeformowana – właściwie nie miała stawu skroniowo-żuchwowego; nie było nawet wiadomo, gdzie się zaczyna
podstawa czaszki, a gdzie gałąź żuchwy. Przeszkadzała jej nie tylko rażąca deformacja twarzy, ale przede wszystkim brak możliwości odwodzenia żuchwy. Trudno było w obrazie tomografii komputerowej ocenić, gdzie
zaczyna się podstawa czaszki. Zaprojektowaliśmy endoprotezę stawu żuchwowo-skroniowego wykonaną z różnych materiałów, która miała zastąpić każdą strukturę stawu łącznie z panewką mocowaną do podstawy czaszki w dole stawowym. I tu pojawił się problem – gdzie jest miejsce panewki w konglomeracie tkankowym. Pomogła mi w tym praca na stole anatomicznym w centrum symulacji, gdzie mogłam, posługując się tomografią komputerową pacjentki, zorientować się co do ważnych struktur anatomicznych i przygotować się do zabiegu. O tym, jak skomplikowany był to zabieg, świadczył czas jego trwania – dziewięć godzin.

Później zrobiliśmy jeszcze kilka spersonalizowanych implantów żuchwy. Wiemy, że idziemy dobrą drogą. Jesteśmy w trackie planowania bardzo skomplikowanych implantów.

Jak powstaje taki implant?

Idea projektowania implantów 3D zrodziła się w mojej głowie kilka lat emu, gdy zostałam zaproszona do Bionanoparku w Łodzi. Miałam tam przyjemność podziwiać osiągnięcia prof. Marcina Kozakiewicza, który robił wtedy indywidualne implanty dla pacjentów z ubytkiem dolnej ściany oczodołu z polietylenu. Pomyślałam wówczas, że można wykonać krok dalej. Dlaczego nie odtwarzać każdej utraconej struktury kostnej w ten sposób? Tak zaczęła się nasza współpraca z zespołem z Bionanoparku. Zawsze musimy dysponować dobrą tomografią komputerową 3D oraz programem komputerowym, który wykorzystuje odbicie zwierciadlane strony zdrowej.

Projektowanie implantu zaczyna się w klinice po zbadaniu pacjenta i analizie tomografii komputerowej. Pozostając w stałym kontakcie z Bionanoparkiem, projektujemy wspólnie zakres implantu i jego zakotwiczenia. Wszystkie informacje są wprowadzane do programu, w którym tworzona jest przestrzenna struktura implantu. Gdy wszystko jest już dopracowane, implant jest albo drukowany, albo frezowany zależnie od tego, czy chcemy lekki implant, czy zbliżony wagą do utraconej kości.

Dla kogo wykonywane są te implanty? Czy są to głównie pacjenci po urazach, czy po leczeniu nowotworów?

Dla wszystkich pacjentów, którzy w wyniku urazu czy zabiegu utracili struktury kostne części twarzowej czaszki. Na razie nie wykonujemy tego u chorych, którzy mają zaawansowaną chorobę nowotworową, gdyż nie wiemy, jak może się zachować tytan w tak dużej objętości w strefie
naświetlanej promieniami rentgenowskimi.

Udało się też Pani Profesor wyleczyć dziecko z ogromnym guzem żuchwy, bez konieczności wykonania operacji. Jak do tego doszło?

To był 13-letni chłopiec z naciekającą postacią guza olbrzymiokomórkowego żuchwy, który deformował pacjentowi twarz i dno jamy ustnej z tkwiącymi w masie guza zębami. Zmiana miała ok. 10 cm średnicy. Standardowo wykonuje się wtedy operację, która polega na resekcji odcinkowej żuchwy z usunięciem wszystkich tkwiących w nim zębów. Zabieg taki wiąże się z dużym okaleczeniem chorego i pozbawieniem go w wieku rozwojowym wielu zębów. Oczywiście jeśli jest konieczny, nie podlega dyskusji. W przypadku guza olbrzymiokomórkowego można było spotkać w literaturze pojedyncze doniesienia o skuteczności jego leczenia poprzez ostrzykiwanie sterydami, ale dane te dotyczyły małych guzów, duże najczęściej słabo reagowały, ulegając tylko zmniejszeniu, a często trzeba było wykonać dodatkowo zabieg operacyjny.

W przypadku naszego pacjenta tuż przed przywiezieniem go na blok operacyjny i wykonaniem zabiegu podjęłam decyzję o ostrzykiwaniu guza sterydami pod warunkiem dużego reżimu wizyt leczniczych i kontrolnych.
Zabieg wykonywałam dwa razy w tygodniu. Po półrocznym okresie leczenia uzyskaliśmy pełny sukces. Na kontrolnym zdjęciu dostrzegliśmy pełną regenerację kości, co więcej, wszystkie zęby tkwiące w masie guza pozostały zdrowe. W trakcie modelowania zdeformowanej procesem chorobowym kości mogłam przekonać się, że kość wygląda prawidłowo i potwierdzić to badaniem histopatologicznym. Dzisiaj upłynęło już 5 lat od zakończonego leczenia bez cech wznowy.

Innowacje, które Pani Profesor wprowadza na swoim oddziale, ratują pacjentom życie.

Przede wszystkim przywracają ich do życia, umożliwiają
funkcjonowanie. Dbamy o to na wiele sposobów. Stworzyliśmy pierwszą w Polsce pracownię fizjo- i fizykoterapii, w której pracują głównie wolontariusze. Dzięki temu skróciliśmy czas powrotu chorych do pełnej sprawności po ciężkich zabiegach, minimalizując tym samym koszty samego leczenia. Uprzyjemniamy pacjentom pobyt na oddziale poprzez muzykoterapię w okresie okołooperacyjnym.

Jako pierwsi w Polsce wprowadziliśmy terapię podciśnieniową do przyspieszenia gojenia ran. Metoda jest bardziej znana i stosowana w innych dyscyplinach medycznych, w tym ortopedii, chirurgii plastycznej czy chirurgii ogólnej. Mało kto chciał jej użyć w chirurgii szczękowo-twarzowej, ze względu na brak możliwości wytworzenia podciśnienia w najczęstszych sytuacjach przetok komunikujących środowisko jamy ustnej ze światem zewnętrznym. Pokonaliśmy ten problem autorską metodą.

Nasz najważniejszy sukces to tworzony od kilku lat algorytm ludzkich zachowań, który sprawia, że pacjent zapomina, że przebywa w szpitalu.

Rozmawiała Urszula Piasecka

prof. Grzegorz Bazylak
prof. Grzegorz Bazylak

prof. Grzegorz Bazylak

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty OTIS 2019” w uznaniu dorobku naukowo-dydaktycznego w medycynie

Niewiele brakowało, a prof. dr hab. nauk farmaceutycznych Grzegorz Bazylak zajmowałby się zupełnie inną dziedziną i teraz byłby np. profesorem Uniwersytetu Morskiego w Gdyni. Może wydawać się zabawne, że to kłopoty zdrowotne młodego człowieka sprawiły, iż dziś Profesor został laureatem nagrody dla ludzi związanych z medycyną i farmacją, czyli Nagrody Zaufania Złoty OTIS.

Jako młody technik elektronik po maturze w łódzkim Technikum Energetycznym w 1973 r. rozpoczął studia w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Miał zostać specjalistą radiokomunikacji morskiej. Być może pracowałby jako radiooficer na statkach polskiej floty handlowej. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że zostałby naukowcem na tej uczelni. Gdy okazało się, że trzeba zrezygnować z kariery wilka morskiego, bo wymagania zdrowotne na tej uczelni były wyśrubowane, już od następnego
roku akademickiego został studentem Politechniki Łódzkiej na kierunku chemiczna technologia żywności na Wydziale Chemii Spożywczej (obecnie Wydział Biotechnologii i Nauk o Żywności). Po pięciu latach ukończył je z tytułem magistra inżyniera chemika i pracował jako asystent, a później adiunkt na swoim macierzystym wydziale, gdzie po 10 latach uzyskał z wyróżnieniem stopień doktora nauk technicznych.

Rok później rozpoczęła się jego naukowa droga ku farmacji, rozpoczął pracę naukowo-badawczą i dydaktyczną w łódzkiej Akademii Medycznej w Zakładzie Higieny Żywienia Człowieka. Kontynuował ją w Zakładzie Chemii Ogólnej Instytutu Fizjologii i Biochemii. Po wielomiesięcznym stypendium w Belgii obronił pracę habilitacyjną już w dziedzinie farmacji. Wkrótce rozpoczął pracę w Akademii Medycznej w Bydgoszczy, obecnie Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Stworzył tam od podstaw Katedrę i Zakład Bromatologii na Wydziale Farmaceutycznym, gdzie pracuje do dziś.

W pracy naukowo-badawczej zajmuje się analizą chemiczną, farmakochemią supramolekularną, farmakobromatologią, nutreomiką oraz chemometrią medyczną. Opublikował 125 artykułów oraz 160 komunikatów konferencyjnych, jest współautorem 3 podręczników. Przez 5 lat był redaktorem naczelnym międzynarodowego czasopisma naukowego „The Open Chemical & Biomedical Methods Journal” (Bentham Science, USA) jest również członkiem kolegiów redakcyjnych kilku międzynarodowych czasopism naukowych z listy JCR. Zredagował cykl 9 monograficznych numerów czasopism międzynarodowych (łącznie 950
stron), które dotyczyły farmakochemii supramolekularnej, skriningu leków i analizy farmaceutycznej.

Działa również na rzecz społeczności akademickiej, m.in. zorganizował od podstaw w bydgoskiej Akademii Medycznej Europejski Program Socrates-Erasmus, pozyskując do współpracy 10 światowej rangi zagranicznych uniwersytetów. Sukcesy naukowe prof. Grzegorza Bazylaka idą w parze z potrzebą refleksji nad stanem współczesnego świata i kondycją człowieka. Stąd zainteresowanie literaturą nie tylko jako czytelnika, lecz także autora wierszy, esejów literackich czy szkiców o teatrze. Jest autorem dwóch tomów poezji i licznych publikacji w czasopismach literackich. W jednym z jego wierszy czytamy:

Poezja / jest dla mnie / jak codzienna pora / snu / okazją do destrukcji / negatywnych / stanów psychicznych / wywołanych otaczającą mnie częścią / rzeczywistości zarazem jest / próbą odnowy / sił konstrukcją / specyficznej
energii wewnętrznej / pozwalającej na podjęcie / spraw dnia od nowa…

Jak Pan znajduje na to wszystko czas, Profesorze?

Oprac. Andrzej Dziurdzikowski

prof. Romuald Olszański
prof. Romuald Olszański

prof. Romuald Olszański

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty OTIS 2019” w uznaniu dorobku naukowo-dydaktycznego w medycynie

ROZMOWA Z PROF. DR. HAB. N. MED. ROMUALDEM OLSZAŃSKIM,
DERMATOLOGIEM, ALERGOLOGIEM, OD 20 LAT ZAJMUJĄCYM SIĘ
POWIKŁANIAMI W MEDYCYNIE ESTETYCZNEJ.

O zabiegach z dziedziny medycyny estetycznej na pewno nie można jeszcze powiedzieć, że stały się codziennością, ale wykonywane są one coraz częściej. I kto wie, być może już niebawem taki zabieg będzie można wykonać w centrum handlowym między zakupami, jak powiedziała mi jedna z kosmetyczek. To jednak chyba nie jest optymistyczna wizja?

Nie! Absolutnie! Jednym z powodów prowadzących do powikłań po zabiegach medycyny estetycznej jest to, że wykonują je osoby, które nie mają do tego odpowiedniego, medycznego przygotowania. A takich powikłań jest coraz więcej, dziś to już poważny problem. Kosmetyczka po kursie czy nawet po szkole kosmetycznej nie może mieć właściwego przygotowania do tego typu zabiegów. Niestety wciąż nie mamy specjalizacji w medycynie estetycznej, stąd ogromna rzesza osób, które zajmują się nią bez zawodowego przygotowania. Zabiegami medycyny estetycznej powinni zajmować się tylko lekarze, znający anatomię i zasady postępowania w przypadkach wystąpienia powikłań.

Jakie powikłania zdarzają się najczęściej, jakie są najbardziej niebezpieczne?

Najbardziej niebezpieczne reakcje niepożądane w medycynie estetycznej to powikłania naczyniowe, które mogą powstawać już w czasie iniekcji wypełniacza lub w kilka godzin po jego podaniu. Najczęściej jest to tylko
uciśnięcie naczynia przez wypełniacz, które na skutek niedotlenienia po kilku minutach powoduje sinicę siateczkowatą, a po kilku godzinach martwicę. Szczególnie niebezpieczne są zabiegi w okolicę nosa i międzybrwiową, gdzie znajdują się odgałęzienia tętnicy ocznej. Niebezpieczne są też zabiegi w bruzdę nosowo- wargową, w której przebiega tętnica twarzowa, łącząca się z tętnicą oczną.

Słyszałam o przypadku utraty wzroku po zabiegu wypełnienia.

To się, niestety, zdarza. W wyniku powikłania, kiedy wypełniacz trafi do tętnicy, może dojść nie tylko do martwicy skóry, ale i do utraty wzroku. W powikłaniach naczyniowych pierwszym krokiem terapeutycznym powinno być podanie hialuronidazy, w celu rozpuszczenia kwasu hialuronowego, który jest najbardziej popularnym wypełniaczem, po raz pierwszy
zastosowanym w 1996 roku. W Europie dostępnych jest ponad 160 wypełniaczy, produkowanych przez 50 producentów.

Wspomniał Pan o braku kwalifikacji osób zajmujących się medycyną estetyczną. Jakie jeszcze mogą być przyczyny tak częstych powikłań?

To również brak aseptyki podczas zabiegu, zła jakość wypełniacza, przewlekłe ogniska zapalne u osoby poddającej się zabiegowi, jak problemy stomatologiczne, przewlekłe zapalenia zatok przynosowych, opryszczka,
trądzik, wielokrotne iniekcje różnymi wypełniaczami u tego samego pacjenta i oczywiście, na co wielokrotnie zwracam uwagę, wykonywanie zabiegu przez osoby nieuprawnione.

Co należałoby zrobić, żeby uniknąć narażania pacjentów, a głównie pacjentek, na groźne powikłania?

Stworzenie specjalizacji dla lekarzy na pewno byłoby krokiem do przodu. Ale sama specjalizacja niewiele da, jeśli nie pójdą za nią odpowiednie przepisy prawne. Mamy teraz w kraju trzy towarzystwa lekarzy medycyny
estetycznej, które o to zabiegają i miejmy nadzieję, że ich działania zakończą się sukcesem.

Rozmawiała Bożena Stasiak
prof. Jan Krzysztof Ludwicki
prof. Jan Krzysztof Ludwicki

prof. Jan Krzysztof Ludwicki

ROZMOWA Z PROF. DR. HAB. NAUK FARMACEUTYCZNYCH JANEM KRZYSZTOFEM LUDWICKIM

Całe zawodowe życie związał Pan z Narodowym Instytutem Zdrowia Publicznego – Państwowym Zakładem Higieny, który niedawno obchodził stulecie. Pan przepracował w nim niemal połowę tego czasu. Od 1970 roku. Od asystenta do dyrektora Instytutu.

Rzeczywiście, dotąd nie uświadamiałem sobie, że rok przed moim rozpoczęciem pracy w PZH instytucja ta obchodziła pięćdziesięciolecie istnienia. Od tego czasu minęło 49 lat. Była to placówka, w której mogłem realizować moje ambicje naukowe. Dosyć szybko zrobiłem doktorat, zajmowałem się wówczas strukturami subkomórkowymi i możliwością ich wykorzystania w badaniach toksykologicznych. Później udało mi się zdobyć stypendium roczne w USA, gdzie kształciłem się w zakresie toksykologii
rtęci i jej związków. Po powrocie habilitowałem się z tej tematyki w 1986 roku. Do habilitacji pracowałem wyłącznie naukowo. Później awansowałem i musiałem zająć się również sprawami administracyjnymi Instytutu.

Pana specjalnością jest toksykologia pestycydów.

Jest ona powiązana z toksykologią żywności, ponieważ te substancje dostają się do organizmu z pożywieniem. W naszych badaniach sprawdzaliśmy, od jakiej dawki pestycydy mogą powodować zmiany niekorzystne dla naszych organizmów. Już słynny Paracelsus powiedział, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, jest to kwestia dawki. Staraliśmy się więc wyciągnąć z każdej substancji, która była proponowana jako pestycyd albo jako dodatek do żywności, wszystko co możliwie najgorsze. Po to, żeby później z czystym sumieniem móc powiedzieć, że nawet jeśli ta substancja znajdzie się w jakichś ilościach żywności, bo niestety zawsze się znajduje, to w świetle aktualnej wiedzy jest to bezpieczne, nie stanowi zagrożenia dla zdrowia.

Uczestniczył Pan w międzynarodowych projektach w tym zakresie.

Już pod koniec lat 70. Jako jeden z przedstawicieli Polski uczestniczyłem w posiedzeniach Komitetu do Spraw Pozostałości Pestycydów FAO-WHO. Gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, tę działalność kontynuowaliśmy w Komisji Europejskiej.

Wraz z zespołem badał Pan również wpływ pestycydów na dzieci i niemowlęta.

Sprawdzaliśmy, jak pestycydy kumulują się w organizmach matek. Do jakiego stopnia na pozostałości pestycydów mogą być narażone niemowlęta karmione piersią i czy pestycydy potrafią przenikać przez łożysko do płodu. Mamy wiele ciekawych obserwacji. Powstało na ten temat pod moim kierunkiem kilka doktoratów. Do tej pory te prace uznawane są za Pionierskie i są cytowane na całym świecie. Wiele osób spośród moich
pracowników uzyskało stopień doktora, a trzy osoby zrobiły habilitację.

Chciałbym jeszcze zapytać o ogólne przesłanie, które wynika z pańskich badań. Czego powinniśmy się obawiać, a które nasze obawy czy strachy są nieuzasadnione?

Łatwiej jest wymienić te nieuzasadnione. To są obawy związane np. z GMO. Natomiast uzasadnione są obawy, jeśli chodzi o narażenie na pestycydy. Chociaż robimy wszystko, żeby było ich jak najmniej, na razie nie udało się ich wyeliminować z rolnictwa. To są substancje zaprojektowane po to, żeby zabijać istoty żywe, a stosujemy je na produkty, które stają się żywnością.
Mogę jednak powiedzieć, że zgodnie z moją wiedzą żywność jest bezpieczna. Nie w stu procentach, bo zawsze się zdarzają błędy w stosowaniu pestycydów, ale generalnie nie ma dużych powodów do niepokoju. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze czegoś możemy nie wiedzieć, że nauka jeszcze nie wpadła na trop jakiegoś zagrożenia. Pół wieku temu było to teratogenne działanie talidomidu, a teraz może to być np. działanie
na układ hormonalny z możliwymi oddalonymi w czasie skutkami zdrowotnymi.

Rozmawiał Andrzej Dziurdzikowski

Złot Otis 2019
Złot Otis 2019

Galeria OTIS 2019

11 kwietnia 2019 r., w Pałacu Staszica odbyła się uroczystość XVI-lecia Nagrody Zaufania „Złoty Otis”.

W uroczystości wzięli udział – Pan Marszałek Senatu – dr Stanisław Karczewski, Pani Senator Alicja Zająć, Przewodniczący Komisji Zdrowia Senatu – Senator Waldemar Kraska,

Posłanki Beata Małecka-Libera, Barbara Czaplicka i Lidia Gądek oraz Posłowie Krzysztof Ostrowski, Paweł Skutecki i Marek Ruciński.

Wykłady wygłosili prof. Maria Siemionow z Uniwersytetu w Chicago oraz prof. Janusz Gumprecht ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Najserdeczniejsze gratulacje dla Laureatów!

fot. Tomasz Adamaszek
Mariusz Nowak
Mariusz Nowak

Mariusz Nowak

Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019”

ROZMOWA Z MARIUSZEM NOWAKIEM, DYREKTOREM CENTRUM LECZENIA OPARZEŃ (CLO) W SIEMIANOWICACH ŚLĄSKICH.

Przyznana CLO Nagroda Zaufania Złoty OTIS zobowiązuje. Czy przyciągnie do Centrum nowych specjalistów?

Każda nagroda to docenienie pracy naszego zespołu, uświadomienie społeczeństwu, jak ważnymi kwestiami dla ratowania życia i zdrowia się zajmujemy. Czy nagroda przyciągnie specjalistów? Czas pokaże. Jesteśmy otwarci na inwestowanie w młodych, którzy chcieliby popracować naukowo, specjalizować się w CLO. Wyzwań tu nie brakuje.

CLO dysponuje komorą hiperbaryczną, funkcjonuje Bank Tkanek i Hodowla Komórek i Tkanek in vitro, prowadzona jest działalność naukowo-badawcza, a od niedawna istnieje lądowisko dla helikopterów. Czy to sprzyja rozwojowi placówki, czy raczej ją zadłuża?

Jeżeli pozyskujemy granty naukowe na badania naukowe, które umożliwiają nam zastosowanie ich efektów w bezpośrednim leczeniu, to jestem spokojny o rozwój placówki. Natomiast jeśli uda nam się wymyślić coś, za czym nie idzie finansowanie – projekt niestety upada. Od dłuższego czasu rozmawiamy z NFZ o zastosowaniu owodni ludzkiej jako biologicznego opatrunku. Jest to metoda tańsza w porównaniu z zagranicznymi opatrunkami – niebiologicznymi. Dysponujemy własnym
bankiem tkanek i możemy preparować ją na miejscu. Jest już stosowana w okulistyce. Dzięki swoim właściwościom nie wymaga przeprowadzenia prób zgodności tkankowej, nie ma też ryzyka odrzucenia. Brakuje nam rozporządzenia Funduszu, by owodnię ludzką potraktować jako przeszczep.

Na leczenie jakich ran nastawione jest Centrum?

Leczymy każdy ich rodzaj. Nasi specjaliści doprowadzają ranę do całkowitego zagojenia lub do końcowego jego etapu. Nie myślimy o poświęconym czasie terapii – pacjent ma wyjść od nas zadowolony. Dlatego w CLO średni czas pobytu wynosi miesiąc. Natomiast dane z Polski mówią o tygodniowym leczeniu. Problem w tym, jak rozliczyć przewlekłą ranę. Nie wystarczy położyć opatrunek i wypisać receptę na leki. Tak postępując, nie zrobilibyśmy niczego dla poprawy jakości i komfortu życia pacjenta.
A jakość w leczeniu wszelkich ran jest warunkiem uniknięcia powikłań.

Jakie rany przytrafiają się Polakom najczęściej? Które z nich leczy się najtrudniej?

Olbrzymim nierozwiązanym problemem są właśnie rany przewlekłe, w tym odleżyny. Nie ma w Polsce ośrodka, który zajmowałby się nimi w sposób systemowy. To ważne w opiece nad pacjentami po porażeniach mózgowych, udarach, urazach neurologicznych, a przede wszystkim nad osobami starszymi, u których skóra nie ma już odpowiedniego uwodnienia i ma słabsze właściwości obronne i regeneracyjne. Tych pacjentów ciągle przybywa. Rany przewlekłe są najczęściej pochodzenia cukrzycowego, naczyniowego, niedokrwiennego. Najtrudniej leczy się rany powikłane różnymi rodzajami infekcji. Trzeba też pamiętać, że dla ran u osób z cukrzycą sposób leczenia wymaga szczególnej staranności i cierpliwości.

Ale tym zajmuje się program ambulatoryjnego leczenia stopy cukrzycowej.

To bardzo dobry kierunek. By te placówki dobrze funkcjonowały, muszą mieć możliwość konsultacji z ośrodkami, które je monitorują. Dlatego chcemy taki monitoring wprowadzić. Mamy do tego celu metody, a NFZ potrzebne środki. Nie ma innej drogi – trzeba zapłacić za jakość, by system zaczął sprawnie funkcjonować. Patrzę na tę sytuację jak potencjalny pacjent, który może się znaleźć w szpitalu z powodu rany i zadaję sobie pytanie, co chciałby dostać od systemu ochrony zdrowia, na który płaci składki.

Rozmawiał Waldemar Nowak
prof. Włodzimierz Januszewicz
prof. Włodzimierz Januszewicz

prof. Włodzimierz Januszewicz

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty OTIS 2019” w uznaniu dorobku naukowo-dydaktycznego w medycynie

ROZMOWA Z PROF. WŁODZIMIERZEM JANUSZEWICZEM, WIELOLETNIM KIEROWNIKIEM KATEDRY I KLINIKI CHORÓB WEWNĘTRZNYCH I NADCIŚNIENIA TĘTNICZEGO AKADEMII MEDYCZNEJ W WARSZAWIE, HONOROWYM PREZESEM POLSKIEGO TOWARZYSTWA NADCIŚNIENIA TĘTNICZEGO.

Panie Profesorze, jaka była Pana droga do medycyny?

Pochodzę z lekarskiej rodziny. Myślę, że atmosfera lekarska w domu spowodowała, że wybrałem ten zawód. Mój ojciec był internistą, najpierw pracował w Petersburgu, a potem przez Litwę dotarł do Warszawy, gdzie pracował w Miejskiej Pomocy Lekarskiej do Powstania Warszawskiego.
W wieku 17 lat zostałem żołnierzem, wziąłem udział w powstaniu, moja Siostra była sanitariuszką. Trafiłem do obozu w Pruszkowie, skąd wydobył mnie krewny, który był dyrektorem szpitala w Pruszkowie. Gdy wróciłem do Warszawy, zastałem tylko zgliszcza i gruzy. Pojechałem do Łodzi i tam rozpocząłem studia medyczne. W trakcie studiów zostałem asystentem fizjologii, co okazało się dla mnie ważne na przyszłość. Potem przeniosłem się do Warszawy. Jeszcze na studiach rozpocząłem pracę jako wolontariusz
w II Klinice Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Warszawie. To była klinika o wielkich tradycjach. Jej klinicyści współtworzyli polską internę. Całe moje życie zawodowe było związane z tą kliniką.

Skąd zainteresowanie nadciśnieniem tętniczym?

Mój nauczyciel, profesor Dymitr Aleksandrow, ówczesny kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, polecił mi, żebym się zajął badaniem znaczenia i roli katecholamin w rozwoju nadciśnienia tętniczego. Bardzo istotny wpływ
na moją pracę miał pobyt w Sztokholmie, w Karolinska Institutet, kierowanym przez profesora Ulfa von Eulera, odkrywcy noradrenaliny, laureata Nagrody Nobla. W jego zakładzie nauczyłem się oznaczać noradrenalinę w moczu metodą fluorymetryczną, opracowaną przez profesora. Przekazał on naszej klinice fluorymetr, aparat służący do oznaczania katecholamin, a to stworzyło możliwość utworzenia w klinice pracowni katecholaminowej.
Kolejny bardzo ważny moment to mój pobyt w Columbia Presbyterian Medical Center, w klinice o światowej renomie. Pracowałem tam jako stypendysta fundacji Rockefellera w pracowni prof. Johna Laragha jednego
z najwybitniejszych badaczy nadciśnienia tętniczego. Oznaczałem tam aldosteron u chorych z nadciśnieniem tętniczym. Stwierdziliśmy, że najwyższe stężenie tego hormonu jest u chorych ze złośliwym nadciśnieniem tętniczym. I tam po raz pierwszy poznałem uczucie wielkiej satysfakcji z odkrycia nowego zjawiska, które zbliża do poznania istoty choroby.

Panie Profesorze, jak w latach 50. diagnozowano i leczono nadciśnienie tętnicze?

Możliwości diagnostyczne były bardzo ograniczone. Badania polegały na wnikliwym wywiadzie, pomiarze ciśnienia manometrem rtęciowym, badaniu fizykalnym, badaniu dna oka, badaniu radiologicznym i EKG oraz podstawowych badaniach biochemicznych. W następnych dekadach byłem świadkiem spektakularnego postępu diagnostycznego. Kolejne dekady przynoszą nowe metody jak echokardiografia, ultrasonografia, tomografia
komputerowa, rezonans magnetyczny, badania scyntygraficzne – one pozwalają ocenić serce, naczynia, nawet stan ściany naczynia, funkcje śródbłonka. Rozwijają się badania genetyczne, które mają bardzo duże znaczenie. Przenośny aparat do mierzenia ciśnienia, który dawał
możliwość pomiaru przez całą dobę, po raz pierwszy zobaczyłem w klinice w Oxfordzie. Ale o rzeczywistym postępie zadecydowało wprowadzenie aparatu do całodobowego pomiaru ciśnienia, bo pozwoliło lepiej ocenić leczenie. Stwierdzono, że brak spadku fizjologicznego ciśnienia w nocy jest niekorzystny dla ustroju i sprzyja powikłaniom sercowo-naczyniowym. To był ogromny postęp i dzisiaj kładzie się nacisk na pomiary ciśnienia poza
gabinetem lekarskim.

Jak wyodrębniono hipertensjologię z kardiologii? Jak doszło do powstania kliniki nadciśnienia tętniczego?

Duży postęp spowodował, że w internie wyodrębniła się hipertensjologia i powstały kliniki nadciśnienia tętniczego na całym świecie. To był światowy trend, któremu byłem bardzo przychylny i popierałem utworzenie takiej kliniki w Polsce.

Jest Pan laureatem licznych nagród, a także autorem pierwszego podręcznika o nadciśnieniu tętniczym. Co dla Pana jest największym
zawodowym sukcesem?

Największym moim sukcesem jest utworzenie w klinice zespołu składającego się z lekarzy, klinicystów, biochemików klinicznych, którzy badali patogenezę i patofizjologię nadciśnienia tętniczego. Szczególnie te badania dotyczyły wtórnej postaci nadciśnienia. Tu mieliśmy spore osiągnięcia, bo opracowane przez biochemików metody oznaczania katecholamin pozwoliły upowszechnić w Polsce badanie diagnostyczne, które dało szansę na prawidłowe rozpoznanie i całkowite wyleczenie. Ci chorzy mają możliwość wyleczenia za pomocą leczenia chirurgicznego.
Bo nadciśnienie pierwotne wymaga leczenia hipotensyjnego.
Nadciśnienie tętnicze jest chorobą, która nie wywołuje dolegliwości.

Jak przekonać ludzi do regularnego mierzenia ciśnienia i leczenia?

Powiedziałbym pacjentowi, co mu grozi, jeżeli nie zmierzy ciśnienia, nie pójdzie do lekarza i nie będzie przyjmował systematycznie leków. A grozi, mu: zawał serca, udar mózgu, uszkodzenie czynności nerek. Nadciśnienie tętnicze niszczy układ naczyniowy, uszkadza serce, uszkadza mózg. Pacjenta trzeba przekonać, żeby podjął leczenie.

Pochodzi Pan z lekarskiej rodziny, Pańscy synowie również są lekarzami, czy wnuki będą kontynuować tradycję rodzinną?

Moim (naszym z żoną) największym osiągnięciem życiowym jest to, że wnuk jest lekarzem. Czwarte pokolenie w rodzinie. Specjalizuje się w gastroenterologii, kończy stypendium w Cambridge. Wnuczka jest biologiem.

Panie Profesorze, jaka jest Pana recepta na nadciśnienie i na długie życie?

Ważne jest przede wszystkim zachowanie aktywności fizycznej, ruch, przestrzeganie odpowiedniej diety i, co jest ogromnie ważne, utrzymanie zainteresowania otoczeniem, zainteresowanie światem, życiem.

Rozmawiali: Anna Rogala i Paweł Kruś
prof. Maria Siemionow
prof. Maria Siemionow

prof. Maria Siemionow

Międzynarodowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis” 2019

Rozmowa z prof. Marią Siemionow, chiryrgiem rekonstrukcyjnym, mikrochirurgiem, transplantologiem. W 2008 r. dokonała pierwszego całkowitego przeszczepu ludzkiej twarzy. Obecnie pracuje nad lekiem dla pacjentów z dystrofią Duchenne`a.

Jak to się stało, że zajmuje się Pani tak różnymi dziedzinami jak przeszczepy twarzy, ręki, oka, prace laboratoryjne, nowe terapie w dystrofii mięśniowej Duchenne’a?

Wszystkie te specjalizacje wzajemnie się uzupełniają. Chirurg rekonstrukcyjny rekonstruuje każdy element ciała, w związku z tym ja również operuję np. rękę, kończynę dolną, łokieć, ramię, a także nerwy. Jestem byłym prezydentem Amerykańskiego Towarzystwa Nerwów Obwodowych. Na co dzień operuję bardzo wielu pacjentów, którzy mają uszkodzone nerwy lub neuropatie uciskowe. A nerw wzrokowy jest jednym z nerwów – oczywiście bardziej obwodowych, które operuję każdego tygodnia. To nie są dziedziny aż tak odległe od siebie. Przeszczep twarzy udał się przede wszystkim dlatego, że połączyliśmy nerw twarzowy dawcy i biorcy. Dzięki temu twarz pacjentki miała odtworzoną mimikę twarzy, taką jak np. uśmiech, możliwość mrugania, marszczenia czoła oraz wykonywania innych ruchów mimicznych twarzy. Gdybyśmy nie potrafili zregenerować nerwu twarzowego, przeszczep by się nie udał, bo twarz pacjentki nie miałaby normalnych funkcji. Nerw wzrokowy znajduje się blisko nerwu twarzowego, jednak jego funkcja jest znacznie bardziej skomplikowana niż nerwu twarzowego.

Te wszystkie procedury i umiejętności są spokrewnione i łączą się lub uzupełniają w armamentarium szeroko pojętej medycyny. Poza tym jestem z wykształcenia ortopedą, w młodości miałam pod opieką również dzieci z chorobą Duchenne’a, które miały przykurcze lub nie mogły chodzić. Jest to nie tylko choroba neurologiczna, ale również ortopedyczna i ponownie mamy przykład, że te dwie dziedziny medycyny wzajemnie się uzupełniają.

Jako osoba wykształcona w chirurgii ręki, ortopedycznej, rekonstrukcyjnej, chirurgii nerwów obwodowych oraz mikrochirurgii, staram się zastosować zdobyte doświadczenia i rozpoznawać, jakie są obecnie potrzeby i co można w najbliższej przyszłości zrobić w dziedzinach, w których nadal brakuje specyficznych terapii albo nowych form leczenia.

Udaje się Pani dokonywać rzeczy przełomowych, jak przeszczep twarzy, w przyszłości być może leczenie dystrofii Duchenne’a, przeszczepienie oka. To ogromna satysfakcja, gdy przełomową terapię udaje się wprowadzić w życie po kilku lub nawet kilkunastu latach?

Gdy się udaje, to oczywiście satysfakcja jest ogromna, ale w międzyczasie różnie bywa. Jest wiele logistycznych trudności, przygotowania zabierają dużo czasu. Nic nie dzieje się z dnia na dzień. Badania nad opracowaniem
terapii komórkowej w celu leczenia choroby Duchenne’a również trwały wiele lat. Mamy nadzieję, że ta terapia zadziała tak, jak się spodziewamy i będzie ją można stosować na szeroką skalę.

W transplantologii planuje Pani wprowadzić terapię komórkami chimerycznymi, która będzie miała zastosowanie nie tylko w przeszczepach twarzy czy ręki, ale też w przeszczepach organów, takich jak nerka czy wątroba. Na czym polega terapia komórkami chimerycznymi?

Polega na łączeniu komórek macierzystych, pochodzących ze szpiku dawcy oraz biorcy, a następnie podawaniu komórek chimerycznych biorcy w czasie zabiegu transplantacji. Te komórki reprezentują zarówno dawcę, jak i biorcę. Dzięki temu mogą wspomóc każdą transplantację: twarzy, ręki, wątroby, nerki. Ta terapia ma zapobiec konieczności stosowania leków immunosupresyjnych do końca życia. Stwarza możliwość wytworzenia
tolerancji. Dążeniem wszystkich transplantologów, niezależnie od tego, czy przeszczepia się serce, wątrobę, nerki, twarz, kończyny górne, jest to, aby nie było konieczne podawanie pacjentom leków immunosupresyjnych do końca życia. Podanie dodatkowo komórek chimerycznych ułatwi organizmowi zaakceptowanie przeszczepu. Jest to więc terapia wspomagająca, dzięki której być może uda się wyeliminować – jeżeli nie całkowicie, to chociażby częściowo – konieczność stosowania bardzo toksycznych leków immunosupresyjnych.

Kiedy jest szansa, żeby ta terapia mogła wejść w życie?

Myślę, że to kwestia – jak zawsze w nauce – czasu i pieniędzy. Im więcej jest grantów na tego typu badania, tym bardziej można przyspieszyć wejście terapii w życie. Od wielu lat mam wsparcie Departamentu Obrony Stanów
Zjednoczonych – w ostatnich latach było to ok. 10 mln dolarów. Oczywiście to nie wystarcza, żeby taką terapię przeprowadzić od etapu badań laboratoryjnych do zastosowania w badaniach klinicznych u pacjentów. Wszelkie obwarowania, wymagane zgody są bardzo skomplikowane.
Zabierają wiele lat.

Pracuje Pani również nad nową terapią komórkową w leczeniu dystrofii mięśniowej Duchenne’a.

Tak, i ta terapia już jest bliżej zastosowania klinicznego. Opiera się na podobnym koncepcie łączenia komórek dawcy i biorcy oraz stworzenia komórek chimerycznych. Pacjentami są głównie dzieci. Dystrofia mięśniowa Duchenne’a to choroba genetyczna. Organizm nie produkuje
pewnego rodzaju białka – dystrofiny znajdującej się w mięśniach – w wyniku czego tracą z czasem kolejne funkcje lokomocyjne. Choroba postępuje. Zwykle chore dzieci rozwijają się normalnie do 3.-5. roku życia, potem ich mięśnie przestają funkcjonować. Nie są w stanie samodzielnie
się poruszać, w wieku 5-7 lat zwykle muszą już jeździć na wózku inwalidzkim. W wieku kilkunastu lat ich oddychanie musi wspomagać respirator. Przestają funkcjonować mięśnie oddechowe, potem także mięsień sercowy. Niestety, nie ma do tej pory żadnej skutecznej terapii.

Jest zatem nadzieja, że mogłaby pomóc nasza terapia komórkowa łącząca komórki biorcy z komórkami dawcy, połączonych następnie brakujące białko. Ojciec (lub inny bliski krewny) mógłby być dawcą normalnych komórek mięśniowych, połączonych następnie z komórkami dziecka,
które tego białka nie produkuje. W ten sposób stworzona komórka chimeryczna ojciec-syn będzie dostarczała brakujące białko do organizmu syna. Terapia ta może być terapią wspomagającą, ale jeśli pozwoli chorym żyć dłużej i bardziej normalnie, to będzie to ogromny sukces.

Zarówno jeśli chodzi o postęp w transplantologii, jak i w leczeniu dystrofii mięśniowej Duchenne’a, mówi Pani o komórkach chimerycznych. Czym one właściwie są?

Jak już wspominałam, są to komórki, które powstają w wyniku połączenia komórek dawcy i biorcy z zastosowaniem technologii fuzji komórkowej. W przypadku np. przeszczepu wątroby będą to komórki pochodzące ze szpiku kostnego dawcy wątroby połączone z komórkami szpiku biorcy. Natomiast jeśli chodzi o chorobę Duchenne’a, to będą to komórki pochodzące z biopsji mięśnia dawcy, np. ojca, połączone z komórkami chorego dziecka.

Organizm chorego dziecka podejmie już pracę i będzie produkował brakujące białko?

Na początku ubiegłego roku opublikowaliśmy wyniki kilku bardzo innowacyjnych prac wskazujących na to, że rzeczywiście w modelu doświadczalnym choroby Duchenne’a u myszy jest powrót produkcji tego białka, którego mysz z chorobą Duchenne’a nie produkuje. To model doświadczalny, ale jest on podstawą do dalszego przygotowania
tej terapii do badań klinicznych.

Kiedy można spodziewać się pierwszych prób leczenia w taki sposób?

Rozwijamy tę terapię w Polsce. Wraz z synem, dr. Krzysztofem Siemionow, założyliśmy firmę Dystrogen Therapeutics – to polska firma, przygotowująca się do produkcji komórek chimerycznych które będą zastosowane w pierwszych pilotażowych badaniach klinicznych. Przewidujemy, że już w tym roku będziemy mieli pierwszego pacjenta w Polsce, który otrzyma terapię komórek chimerycznych.

To byłby pierwszy pacjent na świecie, który otrzymałby terapię komórkami chimerycznymi?

Tak, pierwszy na świecie. Wstępnie planujemy, że pierwsze podanie terapii komórkowej u pacjenta z dystrofią mięśniową Duchenne’a będzie możliwe jeszcze w tym roku.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz
prof. Michał Tendera
prof. Michał Tendera

prof. Michał Tendera

Honorowa Nagroda Zaufania „Złoty Otis 2019” w uznaniu dorobku naukowo-dydaktycznego w medycynie

ROZMOWA Z PROF. HAB. DR. N. MED. MICHAŁEM TENDERĄ,
KARDIOLOGIEM, KIEROWNIKIEM III KATEDRY KARDIOLOGII ŚLĄSKIEGO
UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO.

Ma Pan opinię człowieka niezwykle skromnego, o czym zresztą przekonały mnie już pierwsze minuty rozmowy z Panem. A przecież liczne nagrody i funkcje, które ma Pan na swoim koncie, mogłyby niejednemu profesorowi przewrócić w głowie… Ponieważ nie lubi Pan chwalić się swoimi osiągnięciami, tylko przypomnę niektóre: jako pierwszy na Śląsku wykonał Pan poszerzenie naczyń wieńcowych i założył stent pacjentowi, był Pan prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i prezydentem europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, jest Pan członkiem PAU i PAN, znalazł się Pan w gronie najbardziej wpływowych naukowców świata. Już nie wspominam o licznych publikacjach w prestiżowych czasopismach naukowych. Imponujące! A jak zaczęła się Pana droga do kardiologii?

Można powiedzieć, że trochę przypadkiem. Na studiach należałem do koła naukowego przy Katedrze Fizjologii i tam zajmowałem się elektrofizjologią, ale już wówczas chyba ciągnęło mnie do serca, bo moje pierwsze publikacje, pochodzące z tamtego okresu, dotyczą elektrofizjologii komórkowej serca. To bardzo ciekawa dziedzina, ale chciałem być bliżej chorego, bo uważam, że po to się idzie na studia medyczne, żeby być bliżej pacjenta. Pod koniec studiów dowiedziałem się, że w Zabrzu otwiera się nowy ośrodek kardiologiczny. I tak to się zaczęło, od Zabrza do Katowic.

Przez tyle lat pracy mógł Pan obserwować zmiany zachodzące w polskiej kardiologii. Kiedyś, jak wspomniał Pan w jednym z wywiadów, możliwości interwencyjne były mocno ograniczone. Gdy jako młody lekarz jeździł Pan w pogotowiu, nieco humorystycznie dzieliliście medycynę na nadprzeponową i podprzeponową. W przypadku tej pierwszej interwencja polegała na podawaniu nitrogliceryny i eufiliny, w przypadku tej drugiej była to atropina, papaweryna czy pyralgina.

Dokonaliśmy ogromnego skoku. Nasza kardiologia kliniczna jest dziś porównywalna z tą światową, w leczeniu nie odbiegamy od tego, co dzieje się na świecie. Niestety, od światowych standardów odbiegamy w zakresie
badań eksperymentalnych, co ma związek zarówno z organizacją, jak i finansowaniem nauki. Kardiologia stała się prawdziwą pasją Pana życia, a co szczególnie?

Moje zainteresowania dotyczą głównie choroby wieńcowej, niewydolności serca i wykorzystania komórek macierzystych w kardiologii. Byłem lub jestem członkiem komisji sterujących międzynarodowymi badaniami klinicznymi poświęconymi tym tematom. Obecnie interesuję się różnymi
aspektami prewencji i terapii miażdżycy.

Niewątpliwie odniósł Pan ogromny sukces zawodowy. A prywatnie? Czuje się Pan spełniony?

Mam wspaniałą rodzinę, żona też jest profesorem medycyny. A sukces? Odpowiem słowami przypisanymi Billowi Cosby’emu: „Nie znam klucza do sukcesu, ale kluczem do niepowodzenia jest próba zadowolenia Wszystkich”.

Czy dziś wyobraża Pan sobie, że mógłby wykonywać inny zawód?

Absolutnie nie. Gdybym po raz drugi miał wybierać, z pewnością byłaby to również kardiologia.

Co powiedziałby Pan młodym, wchodzącym w ten zawód?

Młodzi powinni pamiętać o tym, że muszą być lepsi ode mnie, bo to jest warunek postępu. Jest też, jak zwykle, druga strona medalu. Praca jest niezmiernie ważna, ale trzeba pamiętać o tym, że życie zawiera również inne ciekawe elementy. A najważniejsze jest to, by pozostawać normalnym.

Rozmawiała Bożena Stasiak
thiocodin
thiocodin

Złoty OTIS 2019 – Laureaci

Thiocodin

Unikalny skład preparatu (kodeina + sulfogwajakol) powoduje synergistyczny efekt terapeutyczny. Kodeina poprzez hamowanie ośrodkowego odruchu kaszlowego zmniejsza częstość napadów kaszlu. Sulfogwajakol upłynnia wydzielinę pośrednio poprzez stymulację nerwu błędnego oraz bezpośrednio dzięki oddziaływaniu na gruczoły i komórki
kubkowe błony śluzowej dróg oddechowych, poprzez nawilżenie przyspiesza oczyszczenie i regenerację błony śluzowej dróg oddechowych. Thiocodin jest dostępny w formie tabletek oraz syropu o smaku truskawkowym. Wysoka skuteczność i bezpieczeństwo leku potwierdzone badaniem klinicznym [wieloośrodkowe, prospektywne, otwarte badanie oceny skuteczności i bezpieczeństwa preparatu Thiocodin 15 mg + 300 mg, tabletki, u ambulatoryjnych i hospitalizowanych dorosłych pacjentów. Owczarek J. , Medical Tribune nr 11/2013 (18-19)].

MIND MASTER
MIND MASTER

Złoty OTIS 2019 – Laureaci

Produkty serii Koncept MIND MASTER

Produkt występuje w dwóch wersjach smakowych. Mind Master Green ma smak zielonej herbaty, natomiast Mind Master Red to smak winogronowy. Przy stałym stosowaniu Mind Master wspiera długofalowo efektywność umysłową i fizyczną oraz chroni przed stresem oksydacyjnym. Jakość
produktów Mind Master Green i Red potwierdził Institut Fresenius Quality Seal.

Mind Master Extreme to ekstremalna dawka energii zapakowana w małą saszetkę. Zawiera m.in. kofeinę z guarany i zielonej herbaty, witaminy D, E i C oraz sproszkowany aloes. Produkt jest łatwy do spożycia: wystarczy otworzyć saszetkę, wsypać proszek do ust i poczekać, aby się rozpuścił. Preparat chroni przed stresem oksydacyjnym. Dzięki zawartości kofeiny z guarany działa pobudzająco.

Złoty Otis/Tomasz Adamaszek
Złoty Otis/Tomasz Adamaszek

„Złoty Otis” w kategorii preparaty OTC i suplementy

O kryteriach przyznawania Nagrody Zaufania „Złoty Otis 2019” preparatom OTC i suplementom mówił dyrektor Jacek Czarnocki z Instytutu Badawczego IQVIA.

Jacek Czarnocki IQVIA:

Specjalnie dla potrzeb transparentności Nagrody Zaufania stworzyliśmy INDEKS Złoty OTIS. To iloczyn wartości sprzedaży, udziału w rynku i dynamiki wzrostu. Dane do indeksu gromadzimy przez dwa lata, by zmierzyć siłę produktu. Co rok wybieramy kategorie i zapraszamy liderów do rankingu. Zgłoszenia są dobrowolne i nieliczne, bo INDEKS Złoty Otis pokazuje wzrosty ale i spadki w ciągu dwóch lat.

W 2019 roku mamy jednego laureata Nagrody Zaufania „Złoty Otis” – Thiocodin Spółdzielni farmaceutycznej „Unia”.

Druga nagroda trafiła do firmy LR Health & Beauty z Katowic. To nagroda za Debiut Roku dla produktów Mind Master.

Gratulujemy!



debiuty naukowe
debiuty naukowe

Nagroda „Złoty Otis 2019” w kategorii debiuty naukowe!

Tegorocznymi laureatami nagrody zostali: mgr Natalia Czajka, dr Paweł Gąsior oraz dr Sebastian Kwiatkowski.

Kapituł Nagrody „Złoty Otis” doceniła Natalię Czajkę za współautorstwo Stymulacji Polimodalnej Percepcji Sensorycznej metodą Skarżyńskiego. To metoda rehabilitacji osób, których mózg nieprawidłowo przetwarza bodźce słuchowe. Tym pacjentom nie pomagają aparaty słuchowe ani implanty słuchowe. Można im za to pomóc poprzez stymulowanie określonych ośrodków zlokalizowanych w korze słuchowej mózgu.

Dr Paweł Gąsior to lekarz praktyk i naukowiec. Zajmuje się m.in. stentami biodegradowalnymi nowej generacji. Przeprowadzone przez niego badania zakończyły się publikacjami w czasopismach naukowych oraz kilkunastoma wystąpieniami na międzynarodowych konferencjach. Pozwoliły też zainicjować pierwsze badania kliniczne na ludziach z użyciem stentów biodegradowalnych nowej generacji.

Dr Sebastian Kwiatek to współtwórca niezwykłej kamery do diagnozy i terapii fotodynamicznej nowotworów. Pozwala ona w niezwykle prosty i szybki sposób zobrazować nowotwór. Kamera była już prezentowana na targach wynalazczości w Brukseli, gdzie wzbudziła duże zainteresowanie.

Wszystkim laureatom gratulujemy i życzymy kolejnych naukowych sukcesów!

Byki Zdrowia/Tomasz Adamaszek
Byki Zdrowia/Tomasz Adamaszek

„Byki Zdrowia 2019” po raz pierwszy!

W tym roku, po raz pierwszy, Kapituła Nagrody „Złoty Otis” przyznała nową Nagrodę Zaufania – „Byki Zdrowia 2019”!

Dlaczego „Byki Zdrowia”?

Byki, ponieważ osoby, które je otrzymały cechuje niezwykła konsekwencja, siła i upór. To nagroda za konsekwencję w otwieraniu nowych perspektyw, za inicjatywę i przełamywanie barier.

„Byki Zdrowia 2019” trafiły do rąk polityków, którym Kapituła Nagrody podziękowała za to, że przez osiem lat wprowadzali zdrowie do głównego nurtu dyskusji w Polsce.

Nagrody „Byki Zdrowia 2019” otrzymali:

  • Pani Posłanka Barbara Czaplicka, która w 2012 roku utworzyła Parlamentarny Zespół ds. Chorób Rzadkich;
  • Pani Posłanka Lidia Gądek, która w 2012 roku stworzyła Parlamentarny Zespół ds. Podstawowej Opieki Zdrowotnej i Profilaktyki;
  • Pan Poseł Krzysztof Ostrowski, który w 2015 roku otworzył Parlamentarny Zespół ds. Praw Pacjentów;
  • Pani Posłanka Beata Małecka-Libera, która w 2016 roku stworzyła Parlamentarny Zespół ds. Zdrowia Publicznego;
  • Pan Marszałek Senatu Stanisław Karczewski i Pan Senator Waldemar Kraska, którzy wsparci przez prof. Henryka Skarżyńskiego zaczęli organizować w Senacie cykliczne konferencje poświęcone nowoczesnej medycynie i profilaktyce.

Przewodniczący Kapituły Nagrody Paweł Kruś podziękował laureatom za dotychczasowe działania i prosił, by w kadencji 2019-2023 powstały przynajmniej cztery merytoryczne Zespoły Parlamentarne, porządkujące polską ochronę zdrowia.

Dziękujemy za to, co mija, wierzymy w to co będzie!

Złoty Otis 2019/Tomasz Adamaszek
Złoty Otis 2019/Tomasz Adamaszek

Nagrody Zaufania „Złoty Otis 2019” rozdane!

Dnia 11 kwietnia w Pałacu Staszica w Warszawie, już po raz 16, rozdane zostały Nagrody Zaufania „Złoty Otis 2019”.

Licznie zgromadzonych, znakomitych gości powitali Katarzyna Pinkosz – dziennikarka „Świata Lekarza” oraz przewodniczący Kapituły Nagrody Zaufania „Złoty Otis” Paweł Kruś.

Nagroda Zaufania „Złoty Otis” już od 16 lat jest miejscem dyskusji wszystkich środowisk tworzących ochronę zdrowia w Polsce. Jak powiedział przewodniczący Kapituły Nagrody Zaufania, środowiska te wyznają zasadę, że zdrowie Polaków, zdrowie każdego człowieka jest wartością najwyższą – ponad różnicami ideologicznymi.

Podczas uroczystości wręczenia Nagród Zaufania mogliśmy wysłuchać dwóch ważnych i niezwykle ciekawych wykładów. Pierwszy z nich wygłosiła prof. Maria Siemionow z University of Illinois. Jego temat to „Komórki chimeryczne – nowa terapia w leczeniu dystrofii mięśniowej Duchenne`a”.

Drugi wykład wygłosił prof. Janusz Gumprecht za Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Dotyczył on nowoczesnych leków w leczeniu cukrzycy, przyjmowanych doustnie, nie wywołujących skutków ubocznych, jakie wywołuje insulina.

Po wręczeniu nagród wszystkim tegorocznym laureatom Paweł Kruś podziękował Kapitule Nagrody Zaufania „Złoty Otis” za to, że jest najbardziej konsekwentną i liczną grupą liderów opinii w polskiej służbie zdrowia. Zaprosił również na debaty wyborcze „Świata Lekarza” – „Głosuj na zdrowie!”. Pierwsza z nich odbędzie się już w końcu kwietnia, kulminacyjna zaś na początku września.