Archiwa tagu: debiut naukowy w medycynie

fot. arch.

Mgr Mateusz Gliwiński: Zawsze interesowała mnie immunologia

Rozmowa z Mateuszem Gliwińskim, doktorantem w Katedrze i Zakładzie Immunologii Medycznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

O tym, że dość wcześnie zainteresował się Pan immunologią, już wiem. Ale dlaczego cukrzyca? Bo tematem Pańskiej rozprawy doktorskiej jest właśnie ta choroba, a konkretnie „Antygenowo-specyficzna regulacja układu odpornościowego w cukrzycy typu 1”.

Cukrzyca typu 1 jest chorobą o podłożu autoimmunizacyjnym, to po pierwsze. A po drugie, zapadalność na nią stale rośnie – tak jest na całym świecie. I chociaż trwają badania nad nowymi lekami, metodą terapii jest nadal insulina podawana w iniekcjach. Do tej pory nie opracowano żadnej skutecznej metody profilaktyki ani sposobu na wyleczenie.

I tu znalazł Pan szansę dla siebie?

Miałem wielkie szczęście, że do swojego zespołu zaprosił mnie prof. Piotr Trzonkowski, kierownik Zakładu Immunologii Klinicznej i Transplantologii, który od kilku lat zajmował się terapiami komórkowymi opartymi na immunosupresyjnych limfocytach regulatorowych i poszukiwaniem nowych leków immunosupresyjnych, także w przypadku cukrzycy typu 1. Dodam jeszcze, że nasz ośrodek jest wiodącym w Polsce pod względem badań nad układem odpornościowym i jedynym w naszym kraju, który prowadzi nowatorską terapię pacjentów z cukrzycą typu 1 za pomocą limfocytów Tregs.

Co chciał Pan w swojej pracy pokazać, czego dowieść?

Głównym jej celem było wyjaśnienie roli komórek antygenowo-specyficznych, a zwłaszcza Tregs, w regulacji układu immunologicznego w cukrzycy typu 1 oraz możliwość ich zastosowania w terapii. Wydawało mi się to o tyle istotne, że w ostatnich latach nastąpił rozwój terapii komórkowej z wykorzystaniem Tregs w celu opracowania immunosupresji, która hamowałaby niepożądane reakcje autoimmunizacyjne bez ogólnoustrojowego hamowania układu immunologicznego pacjenta.

Terapie komórkowe z użyciem komórek regulatorowych Tregs wydają się więc bardzo obiecujące nie tylko w cukrzycy?

Oczywiście. Są one szansą na skuteczne leczenie różnych chorób autoimmunizacyjnych, można będzie je stosować w przeszczepach komórek macierzystych i narządów litych. Zastosowanie kliniczne Tregs z pewnością będzie dużo większe.

W swojej pracy opisał Pan m.in. nowatorskie metody pozyskiwania Tregs.

Istotną kwestią dotycząca stosowania leczenia z wykorzystaniem Tregs w chorobach autoimmunizacyjnych jest specyficzność wobec konkretnego antygenu. W pracy opisałem nowatorską metodę generowania Tregs wzbogaconych o klony reagujące na antygen, która potencjalnie obejmuje większość autoantygenów. Tę technikę można wykorzystywać do generowania populacji Tregs wzbogaconych o komórki reagujące na dowolny peptyd, które mogą być stosowane jako produkt leczniczy terapii komórkowej w terapiach ukierunkowanych na antygen.

Czyli antygenowo-specyficzne terapie z wykorzystaniem Tregs mogą dawać nadzieję chorym na wiele schorzeń?

Jak najbardziej. I nie tylko mogą, one już dają taką szansę.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Jakub Rosik: Wiedziałem, że operatorem nie będę, dlatego zainteresowałem się hematoonkologią

Rozmowa z Jakubem Rosikiem, studentem VI roku Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jest Pan jeszcze studentem, a już tyle osiągnięć! Ok. 20 recenzowanych artykułów naukowych, 10 wystąpień na międzynarodowych i ogólnokrajowych konferencjach. Tzw. Indeks Hirscha wynosi w Pana przypadku 8, a Impact Factor (potocznie nazywany siłą przebicia) – 71,9. To pokazuje, jak cenione są Pańskie dotychczasowe działania, czego dowodem Nagroda Ministra Nauki, Diamentowy Grant, przyznana w zeszłym roku. A dlaczego szpiczak mnogi, który jest tematem Pana projektu, uhonorowanego teraz Nagrodą Zaufania Złoty OTIS?

Wybierając studia, wiedziałem, że chcę zająć się onkologią. Ale byłem też pewien, że chirurgia to nie dla mnie, że operatorem chirurgicznym nigdy nie będę. Wybrałem więc hematoonkologię, bo wśród wszystkich innych dziedzin onkologii ta jest specyficzna, niezwiązana z chirurgią. A szpiczak dlatego, że po pierwsze, w naszym ośrodku od kilku lat prowadzone są badania związane z tym nowotworem i możemy się pochwalić dobrymi efektami, a po drugie, zachorowań na szpiczaka będzie przybywać, bo to nowotwór głównie ludzi starszych, więc potrzebne będą nowe, skuteczniejsze terapie.

Realizowany przez Pana projekt to „Identyfikacja zmian epigenetycznych, determinujących przebieg kliniczny szpiczaka mnogiego”. Co jest jego celem?

Tematem epigenetyki zajmujemy się w naszym ośrodku od co najmniej trzech lat i przez ten czas skompletowaliśmy już wiele danych świadczących o tym, że same czynniki genetyczne nie mają aż tak dużego znaczenia w przypadku szpiczaka mnogiego jak czynniki epigenetyczne. Co prawda nadal nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, jakie konkretnie zmiany epigenetyczne mogą determinować przebieg szpiczaka mnogiego, ale wiemy, że takie zmiany są. Teraz weryfikujemy więc istotę tych zmian, wiedząc, że mogą one zaburzać ekspresję genów w sposób niezależny od sekwencji DNA. Najważniejszym procesem epigenetycznym badanym w tym projekcie jest metylacja DNA, której związek z powstawaniem i przebiegiem klinicznym innych nowotworów został już potwierdzony. Aby zapewnić maksymalną skuteczność i wiarygodność całego procesu, wykorzystamy w badaniach najnowsze technologie i zaawansowane obliczenia bioinformatyczne.

Co praktycznie dałoby zidentyfikowanie zmian epigenetycznych w przypadku szpiczaka mnogiego? Już mówi się, że sukces tego projektu byłby kamieniem milowym na drodze do poprawy stosowanych schematów terapii i odkrywania nowych punktów uchwytu leczenia przeciwnowotworowego.

Mogę się tylko pod tym stwierdzeniem podpisać. Skuteczna realizacja założonych przez nas celów przyczyniłaby się do lepszej diagnostyki, do większej personalizacji leczenia. Jeśli będziemy mogli przewidzieć, jak pacjent zareaguje na leczenie, jaka będzie odpowiedź na terapię, będzie można dokładniej ją dobrać, zastosować takie leki epigenetyczne, które nawet cofną zmiany epigenetyczne. Tak więc – to przyszłość.

Rozmawiała Bożena Stasiak

fot. arch.

Filip Machaj: Chciałbym, żeby moje badania jak najszybciej przełożyły się na efekty kliniczne

Rozmowa z Filipem Machajem, studentem VI roku Wydziału Lekarskiego Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

W Pana rodzinie nie ma żadnego lekarza, farmaceuty, nikogo związanego z medycyną. Mimo to, nie mając żadnych „medycznych” wzorców, wybrał Pan właśnie medycynę. Dlaczego?

Taki to już jestem w rodzinie rodzynek. Dodam tylko, że dotąd nie miałem styczności z chorymi, którzy w jakiś sposób też może wpłynęliby na podjęcie przeze mnie takiej decyzji. Sadzę, że do takiego wyboru skłoniła mnie chęć prowadzenia badań naukowych, które dawałyby szanse na przełożenie się na konkretne efekty kliniczne. A jeśli badania i opieka nad pacjentami, to właśnie nad najcięższymi przypadkami, a do takich należą nowotwory. W naszym uniwersytecie mamy świetnie funkcjonujący Zakład Genetyki, nie musiałem się długo zastanawiać. Skupiłem się na badaniach nad rakiem piersi, bo to jeden z najczęściej występujących na świecie nowotworów, więc i wyzwanie duże.

Jeśli jednak chodzi o ten nowotwór, to było przeprowadzonych już wiele badań nad jego istotą. I wiele zakończonych powodzeniem, co pozwoliło na nowe metody diagnostyczne czy terapeutyczne.

Tak, to prawda, jednak nie wszystko zostało wyjaśnione. Np. było sporo badań, które miały ustalić specyficzną dla każdej pacjentki ocenę ryzyka wystąpienia nowotworu piersi w oparciu o podłoże genetyczne. I okazało się, że skuteczność tej oceny pozwala na wyjaśnienie jedynie jednego na pięć przypadków raka piersi – naszym celem jest wyjaśnienie pozostałych 80 proc.

Stąd pomysł na projekt, który Pan realizuje – „Identyfikacja genowych zmian epigenetycznych, poprzedzających rozwój raka piersi”?

W projekcie zakładamy badanie zmian epigenetycznych w wybranych grupach kobiet, które mają zwiększone ryzyko raka piersi w porównaniu z populacją ogólną. U tych kobiet do obciążenia ryzykiem nowotworu piersi przyczyniają się mechanizmy inne niż stricte mutacje genetyczne – na przykład ekspozycja środowiskowa, która może zwiększać ryzyko i przyczyniać się do rozwoju raka. Zbadamy, czy zidentyfikowane przez nas zmiany epigenetyczne, które obecne są we krwi pacjentek na długo przed diagnozą, mogą być użyte do oceny ryzyka nowotworów.

W związku z tym nasz produkt będzie obejmował założenie i tematykę z zakresu badań podstawowych, ale wyniki będą miały także znaczenie translacyjne.

Dane, które zgromadzimy, zostaną zdeponowane w specjalnej bazie danych i udostępniane naukowcom do wykorzystania w innych badaniach nad wpływem czynników środowiskowych na epigenom. Dostęp do tak licznej i szczegółowej bazy pacjentek pozwoli nam na zakres badań, który do tej pory był możliwy w niewielu ośrodkach na świecie.

A co będę z tego miały kobiety chore na raka piersi?

Jeśli cały projekt zakończy się sukcesem, na co oczywiście liczę, to identyfikacja zmian epigenetycznych pozwoli na wcześniejsze objęcie opieką tych kobiet, które są nimi obciążone, co daje im szansę na wykrycie choroby w jej wczesnej fazie.

Nagroda Zaufania Złoty OTIS to kolejna w Pana działalności, w zeszłym roku został Pan doceniony przez Ministerstwo Nauki, które przyznało Panu Diamentowy Grant. Wysoki Indeks Hirscha i wysoki Impact Factor także świadczą o Pana sukcesach. Co dalej?

Chciałbym pojechać do USA, zdobywać dalsze doświadczenia w pracy klinicznej i naukowej, a po powrocie rozwijać je w renomowanym ośrodku w Polsce.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Mgr Wojciech Marciniak: Miałem dużo szczęścia, mogąc pracować w zespole prof. Lubińskiego

Rozmowa z doktorantem Wojciechem Marciniakiem z Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rok temu otrzymał Pan Zachodniopomorskiego Nobla za badania dotyczące stężenia arsenu we krwi jako markera raka piersi w polskiej populacji. Teraz – Nagroda Zaufania Złoty OTIS 2021, będąca ciągiem dalszym – za test diagnostyczny pozwalający na określenie ryzyka zachorowania na raka piersi na podstawie stężeń arsenu we krwi. Powinnam spytać, dlaczego właśnie arsen, ale, patrząc na to, gdzie i z kim Pan pracuje, odpowiedź może być tylko jedna.

Tak, nie mogło być inaczej. Jednak nieprzypadkowo znalazłem się w zespole genetyka i onkologa, prof. Jana Lubińskiego, kierownika Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, szefa Centrum Badawczego Read-Gene, który od lat zajmował się zależnością między stężeniem arsenu we krwi a ryzykiem nowotworów u kobiet. Ten problem chodził mi po głowie już wcześniej. A kiedy zobaczyłem, jak obiecujące wyniki ma Profesor, postanowiłem i chciałem wnieść w te badania coś swojego. Tym bardziej że rak piersi wciąż należy do najczęstszych na świecie i każda nowa inicjatywa, każda nowa metoda diagnostyczna, która mogłaby tę sytuację poprawić, jest bardzo potrzebna.

Dlaczego arsen jest tak niebezpieczny, co już o nim wiadomo w kontekście raka piersi? Co pokazały dotychczasowe badania?

To jedenz pierwiastków, których obecność w organizmie, zwłaszcza w wyższych stężeniach, zwiększa ryzyko pojawiania się różnych chorób. Udowodniono, że zatrucie metalami ciężkimi aż 6,5-krotnie zwiększa ryzyko nowotworu. A wysokie stężenie metali ciężkich, takich jak rtęć, kadm, ołów, występuje u co najmniej połowy naszego społeczeństwa. Arsen również należy do bardzo niebezpiecznych czynników rakotwórczych.

Jedno z badań, prowadzone przez ponad trzy lata przez zespół naukowców PUM i ośrodek badawczy Read-Gene, kierowany przez prof. Lubińskiego, wykazało, że na 1700 kobiet obserwowanych w tym czasie blisko 100 raków różnych narządów wystąpiło u kobiet z podwyższonym stężeniem arsenu we krwi. Wśród tych nowotworów były głównie nowotwory piersi. Raki nie wystąpiły w grupie ok. 400 kobiet ze stężeniem arsenu we krwi poniżej 0,6 mikrogramów na litr.

W kolejnym badaniu, z udziałem ok. 1300 kobiet, które są nosicielkami mutacji w genie BRCA1, wykazano podobną zależność. Zdrowe kobiety obserwowano przez 3,5 roku (średnio). W tym czasie rozwinęło się ok. 100 raków. głównie piersi. U kobiet będących nosicielkami mutacji w genie BRCA1 stężenie arsenu powyżej 0,84 mikrogramów na litr jest związany z blisko 2-krotnie podwyższonym ryzykiem raka.

To wszystko jak najbardziej przemawia za tym, żeby doskonalić metody oznaczania stężenia arsenu we krwi – i Panu to się udało. Na czym polega ta metoda?

Nie chciałbym wdawać się w techniczne szczegóły, mogę tylko potwierdzić, że istotnie ta metoda pozwala na bardzo czułe oznaczenia, poniżej 1 mikrograma na litr. I właśnie poszukiwanie takich metod – czułych, selektywnych, które przełożą się na dokładniejszą diagnostykę, a tym samym skuteczniejszą profilaktykę i ewentualnie skuteczniejszą terapię, to wyzwanie dla nauki.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Dr n. med. Halszka Kamińska

Fascynująca i logiczna kardiologia – z dr n. med. Halszką Kamińską z Kliniki Kardiologii Wieku Dziecięcego i Pediatrii Ogólnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego rozmawia Bożena Stasiak.

Rodzice dzieci trafiających do kliniki, w której Pani pracuje, nie szczędzą pochwał pod Pani adresem. Wychwalają nie tylko za profesjonalizm, ale i pełne ciepła podejście do małych pacjentów. Nigdy nie zbywa ich Pani suchymi komunikatami, ale dokładnie wyjaśnia procedury lecznicze, objaśnia przebieg zabiegów. Nic dziwnego, że nie było mi łatwo skontaktować się z Panią, będącą wciąż w biegu. A dlaczego kardiologia i na dodatek dziecięca?

Pewnie chciałaby Pani wiedzieć, czy w mojej rodzinie byli jacyś kardiolodzy bądź pediatrzy? Otóż nie, pochodzę z rodziny inżynierskiej, wszyscy są ścisłymi umysłami, ale nauki ścisłe mają wiele wspólnego z medycyną. A kardiologia dlatego, że uważam ją za najbardziej logiczną dziedzinę medycyny. I po prostu musiała to być kardiologia dziecięca, w której wciąż jest tyle do zrobienia i odkrycia. Poza tym, cóż, każdy człowiek jest fascynujący, ale dzieci najbardziej.

Pani praca doktorska, obroniona w zeszłym roku, oczywiście też dotyczyła kardiologii dziecięcej.

Jak najbardziej. Zajęłam się zagadnieniem przydatności echokardiografii trójwymiarowej do oceny funkcji komór serca u dzieci. Metody obrazowania w kardiologii, szczególnie u dzieci, są tematem również moich obecnych zainteresowań. Tyle się teraz dzieje w tych technikach, są coraz doskonalsze. Kiedyś musieliśmy się nieźle napracować, żeby wykonać małemu dziecku echo serca, teraz praktycznie wystarczy przysłowiowe jedno naciśnięcie guzika, żeby otrzymać piękny, czytelny obraz w technice 3D. I to tylko z jednego uderzenia serca! Jeszcze nie tak dawno wydawałoby się to niewiarygodne.

Mówi Pani o echokardiografii, ale chyba skuteczniejszy jest rezonans magnetyczny? Czy ewentualne kolejne zastosowania tej techniki również leżą w Pani zainteresowaniach naukowych?

To nie jest tak, że jedną metodę badam w oderwaniu od innych. Każda z nich ma plusy i minusy. Pisząc swoją pracę doktorską, oczywiście porównywałam inne techniki z echokardiografią. Kardiologiczny rezonans magnetyczny, w ocenie objętości i funkcji komór serca jest złotym standardem, ale też badaniem bardziej czasochłonnym i u mniejszych dzieci wymaga znieczulenia. Natomiast najnowsza trójwymiarowa technologia echo serca jest bardziej dostępna, tańsza i nie mniej skuteczna, zarówno do oceny objętości, jak i funkcji skurczowej lewej oraz prawej komory serca u dzieci.

Prof. Jadwiga Moll, znana kardiolog, recenzując Pani pracę doktorską, napisała m.in. „Praca posiada wysokie walory naukowe, poznawcze i praktyczne oraz nowatorski charakter”. To zobowiązuje.

Wiem o tym, dlatego w dalszym ciągu zamierzam śledzić nowoczesne metody obrazowania, jednocześnie zajmując się ich praktycznym zastosowaniem w klinice, do czego zresztą stale nas mobilizuje nasz kierownik – prof. Bożena Werner. Cała kardiologia jest niezwykle ciekawa; fascynująca jest arytmia, ale najbliższa mojemu sercu jest właśnie obrazówka.

Bierze Pani pod uwagę, że może w jakiejś, bliżej nieokreślonej, przyszłości, zainteresuje Panią inna dziedzina medycyny?

Jeśli już, to medycyna sportowa, w zasadzie naturalnie wynikająca z kardiologii. Pewnie dlatego, że sama jestem osobą aktywną fizycznie, gram w siatkówkę, chodzę na zajęcia fitness. Wtedy odpoczywa głowa, którą muszę mieć jak najbardziej otwartą.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Dr Dominika Klimczak-Tomaniak

Biomarkery w diagnostyce PChN – rozmowa z dr Dominiką Klimczak-Tomaniak z Katedry i Kliniki Kardiologii, Nadciśnienia Tętniczego i Chorób Wewnętrznych oraz Kliniki Immunologii, Transplantologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pani praca doktorska dotyczyła nowych biomarkerów, które można wykorzystywać dla oceny powikłań sercowo-naczyniowych w przewlekłej chorobie nerek. To znaczy, że te stosowane dotychczas są niewystarczające? I dlaczego akurat nerki i serce?

Przewlekła choroba nerek staje się problemem cywilizacyjnym i jest jednym z istotnych czynników ryzyka sercowo-naczyniowego. Jednocześnie powikłania sercowo-naczyniowe stanowią główną przyczynę zgonów pacjentów z przewlekłą chorobą nerek. I pomimo terapii ukierunkowanych na redukcję czynników ryzyka, u pacjentów z przewlekłą chorobą nerek częściej niż w populacji ogólnej obserwuje się nadciśnienie tętnicze, przerost mięśnia sercowego czy chorobę niedokrwienną serca. A ponieważ chorych, głównie ze względu na starzenie się społeczeństwa, będzie przybywać, potrzebujemy bardziej skutecznych terapii i jest to możliwe do osiągnięcia dzięki bardzo dobrej diagnostyce.

Diagnostyka w grupie pacjentów z przewlekłą chorobą nerek jest trudna. Klasyczne, powszechnie stosowane markery, takie jak NT-proBNP czy troponina, mają tu mniejszą specyficzność, są trudniejsze w interpretacji. Dlatego pojawiła się konieczność zidentyfikowania nowych, bardziej czułych biomarkerów, specyficznych dla konkretnych powikłań, które pomogą w wiarygodny sposób dokonać stratyfikacji ryzyka pacjentów, uzyskać wgląd w patofizjologię choroby i określić nowe cele terapeutyczne.

Te nowe biomarkery to…

To dwa biomarkery, chemokina CXCL12 i mikroRNA-155, związane z układem immunologicznym i z układem renina-angiotensyna-aldosteron, a właściwie wiążące te dwa układy. W ostatnich latach coraz większą uwagę zwraca się na fakt, że w patofizjologii chorób sercowo-naczyniowych ważną rolę odgrywa stan zapalny, stąd wybór właśnie tych cząsteczek. I o ile mechanizmy zapalne są dobrze udokumentowane w miażdżycy, to ich rola w nadciśnieniu tętniczym, a zwłaszcza zaburzeniach rytmu dobowego ciśnienia tętniczego, w szczególności u pacjentów z przewlekłą chorobą nerek, jest dużo mniej zbadana.

Uznała więc Pani ten temat za wyzwanie, któremu Pani jak najbardziej sprostała, czego dowodzi ocena pracy przez prof. Tomasza Guzika. Napisał, że „praca ta stanowi cenny wkład do światowego piśmiennictwa w tym zakresie”.
A w Pani ocenie, w jakim stopniu praca może mieć przełożenie na praktykę?

Jak już wspomniałam, zastosowanie tych biomerkerów poprawi diagnostykę i być może w przyszłości ułatwi dobranie odpowiedniej terapii, w tym przypadku ukierunkowanej na przeciwdziałanie zapaleniu, wymaga to jednak dalszych badań. Zamierzam kontynuować badania w tematyce zapalenia i mikroRNA, nie tylko u pacjentów z przewlekłą chorobą nerek, ale także wśród chorych na niewydolność serca i cukrzycę.

Praca naukowa to jedno, ale jest też Pani czynnym lekarzem na oddziale. Co sprawia Pani większą satysfakcję?

Zarówno sfera naukowa, jak i praca kliniczna sprawiają mi satysfakcję. Bezpośredni kontakt z pacjentami z chorobą nerek o różnej etiologii, w tym również chorymi po przeszczepieniu nerki, leczenie odrzucania narządu przeszczepionego, infekcji powikłań sercowo-naczyniowych – to moja codzienność, ale ja bardzo lubię pracę z ludźmi.

Niedawno została Pani mamą. Jak ta nowa rola wpłynie na Pani pracę?

Nawet będąc przez pewien czas z Marysią w domu, będę starała się pogłębiać wiedzę, oczywiście o ile córeczka mi na to pozwoli, ale przynajmniej na razie wydaje się wyrozumiała.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Dr Barbara Włodarczyk

Wczesna diagnostyka w raku trzustki – rozmowa z dr Barbarą Włodarczyk z Kliniki Chorób Układu Pokarmowego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

W ubiegłym roku praca naukowa dotycząca wczesnej diagnostyki w raku trzustki, a zaprezentowana przez Panią na międzynarodowej konferencji Digestive Disease Week w San Diego, uzyskała prestiżowe wyróżnienie tytułem Poster of Distinction. Skąd to zainteresowanie trzustką, a w szczególności rakiem trzustki?

Rak trzustki wciąż stanowi dla naukowców ogromne wyzwanie. O ile w przypadku wielu innych nowotworów, zwłaszcza hematologicznych, w ostatnich latach dokonała się i nadal się dokonuje rewolucja, o tyle z rakiem trzustki jesteśmy w dalszym ciągu mocno w tyle. A ponieważ wyzwań nie tylko się nie boję, ale ich wręcz szukam, to zainteresowanie tym zagadnieniem było dla mnie po prostu naturalne. Stawiam sobie najwyższe wymagania i dążę do odkrycia innowacyjnych metod w medycynie, których wprowadzenie zwiększyłoby szansę przeżycia pacjentów z rakiem trzustki.

Temat Pani pracy doktorskiej to „Poszukiwanie przyczyn powstawania zaburzeń endokrynnych u chorych z rakiem trzustki i przewlekłym zapaleniem trzustki”. Badania, które Pani w związku z tym prowadziła i ich wyniki okazały się unikatowe na skalę światową. Na czym polega ich wyjątkowość?

Gruczolakorak trzustki jest najczęstszym nowotworem złośliwym tego narządu i należy do nowotworów o najgorszym rokowaniu. Biorąc pod uwagę jego występowanie, przełom dotyczący jego wczesnej diagnostyki budzi wielkie nadzieje. W związku z częstym współwystępowaniem cukrzycy i raka trzustki na wczesnym etapie jego rozwoju, wskazane jest poszukiwanie nowych zaburzeń endokrynnych u chorych na raka trzustki. Odróżnienie cukrzycy typu 2 od tej towarzyszącej rakowi umożliwiłoby wcześniejsze wykrywanie zmian nowotworowych oraz poprawę w rokowaniu wśród chorych. Wczesne zdiagnozowanie raka trzustki będzie prawdopodobnie możliwe dzięki zastosowaniu czułych i specyficznych markerów umożliwiających wykrycie nowotworu u bezobjawowych pacjentów, charakteryzujących się obecnością nowo powstałych zaburzeń gospodarki węglowodanowej.

Właśnie takich markerów Pani poszukiwała – i je znalazła.

Dokonałam oceny poziomów specyficznych biomarkerów  z krwi obwodowej, takich jak insulinopodobny czynnik wzrostu 1 (IGF-1), białko wiążące insulinopodobny czynnik wzrostu 2 (IGFBP-2) oraz białko wiążące retinol (RBP-4), różnicujących pacjentów z rozpoznaniem gruczołowego raka trzustki i przewlekłego zapalenia trzustki w aspekcie występowania cukrzycy. W raku trzustki, inaczej niż w przewlekłym zapaleniu trzustki, współwystępowanie cukrzycy nie wpływa na poziom IGF-1. Ocena poziomu stężenia IGF-1 może być więc użyteczna we wczesnym wykrywaniu raka trzustki oraz prognozowaniu u tych chorych. Wykazałam, że iloczyn wartości IGF-1 do IGFBP-2 mniejszy lub równy 0,85 jest czułym wskaźnikiem raka trzustki; wykrywa raka w 99 proc. przypadków.

Wyniki Pani badań mogą stać się podstawą do opracowania nowych metod wykrywania raka trzustki. Zapewne w dalszym ciągu będzie Pani prowadziła poszukiwania w tej dziedzinie?

Jak najbardziej. Cały czas śledzę piśmiennictwo i doniesienia naukowe dotyczące raka trzustki i mam nadzieję, że uda mi się przyczynić do tego, aby, podobnie jak wiele innych nowotworów, i ten mógł stać się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną.

Działa Pani aktywnie w Polskim Towarzystwie Gastroenterologicznym, jest członkiem Polskiego oraz Europejskiego Klubu Trzustkowego. Czy ma Pani jeszcze czasu na pozatrzustkowe pasje?

Lubię podróże, i te bliskie, i te dalekie. Zwiedziłam już sporo świata, poznawanie nowych miejsc to także moja pasja.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Dr Jarosław Biliński

Lubię rozkładać wszystko na czynniki pierwsze – rozmowa z dr. Jarosławem Bilińskim z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Podobno, gdy dowiedział się Pan, że został wyróżniony Nagrodą Zaufania „Złoty Otis” w kategorii debiut naukowy w medycynie, wybuchnął Pan śmiechem…

Byłem tak zaskoczony, że uznałem to za żart. Stąd ten śmiech. Nominował mnie prof. Piotr Eder, obecny na jednym z moich wykładów, gdzie prezentowałem osiągnięcia naukowe w tematyce, którą się zajmuję. Jest mi niezmiernie miło być docenionym przez tak zacne grono kapituły Nagrody Zaufania „Złoty OTIS”, to zawsze chwila przekonania, że to, co się robi, ma sens.

Czym aktualnie zajmuje się Pan w klinice?

Jestem na ostatnim, VI roku specjalizacji z hematologii. Zajmuję się, po przejściu całego procesu specjalizowania się, transplantacją szpiku. Jestem członkiem zespołu transplantacyjnego. Leczymy chorych, którzy wymagają przeszczepienia szpiku i terapii komórkowych. Od początku chciałem to robić i cieszę się, że mój szef, pan prof. Grzegorz Basak, widział mnie w tym zespole. To niezwykle trudna i odpowiedzialna praca, ale taką lubię.

Skąd pomysł, aby robić przeszczepienia bakterii jelitowych?

Z doświadczenia klinicznego, z obserwacji złych statystyk zakażeń bakteriami antybiotykoopornymi, gdyż infekcje mogą zniweczyć cały trud, który włożymy, by pacjenta wyleczyć z nowotworu. Pan prof. Basak przyjechał kiedyś z konferencji i powiedział, że słyszał tam o przeszczepianiu mikrobioty jelitowej w zakażeniach Clostridioides difficile, że wyniki są rewelacyjne – ponad 90 proc. skuteczności. Zaszczepił we mnie bakcyla, przemyślałem sprawę, przejrzałem literaturę i stwierdziłem, że to jest niezwykle ciekawe. Przeprowadziliśmy pierwsze na świecie zabiegi i badania z zastosowaniem przeszczepiania mikrobioty jelitowej u pacjentów skolonizowanych bakteriami anybiotykoopornymi, które w trakcie obniżenia odporności po chemioterapii powodowały ciężkie infekcje, sepsy i niestety zgony. Uzyskaliśmy niezwykle ciekawe wyniki, no i statystykę – 60-100 proc. tych bakterii można wyeliminować dzięki takiemu zabiegowi.

Największą ciekawością, i do tego zmierzam, jest leczenie i profilaktyka poprzeszczepowej choroby przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD), za pomocą immunomodulacji mikrobiotą jelitową. To naprawdę duża nauka, mam nadzieję zaznaczyć w niej swoją obecność.

Dlaczego wybrał Pan hematologię, transplantologię, immunologię?

Dlatego że mam taką naturę, że lubię rozkładać wszystko na czynniki pierwsze, dowiedzieć się, jak działają poszczególne składowe i jak budują całość. Hematologia i transplantologia to właśnie dają. Obserwujemy procesy, które są de facto tworzeniem nowego człowieka. Przynajmniej w zakresie układu krwiotwórczego.

Znajduje Pan jeszcze czas na działalność społeczną, walczy Pan o ochronę zdrowia w Polsce.

Od dawna interesowałem się systemem ochrony zdrowia w Polsce, polityką w medycynie, ekonomiką zdrowia. Pewnego dnia, siedząc kolejny miesiąc w pracy, ok. godz. 21, a przypominam, że płacą do godz. 15, stwierdziłem, że albo rezygnuję z medycyny, albo muszę to zmienić, bo wypalenie zawodowe w takich warunkach to właściwie pewnik po dwóch latach pracy. Okazało się, że to, co sobie zbudowałem w głowie, te standardy, które chciałem stosować, w polskim systemie ochrony zdrowia są niemożliwe do wdrożenia. Ale obiecałem sobie, że nawet jak już będę starym doktorem, może dobrze posadowionym, to będę o te ideały walczył.

Gdyby nie został pan lekarzem, to…

Były różne pomysły, najwcześniej o byciu pilotem. Ale jako alternatywę przy aplikowaniu na medycynę miałem reżyserię filmową. Uwielbiam przekazywać informacje tak, aby trafiały do odbiorcy.

Na życie prywatne chyba już niewiele zostaje czasu?

Istotnie, moje tempo życia jest tak szybkie, że dni uciekają mi jak godziny i nawet nie konsumuję swoich osiągnięć. Do tego mam już dziecko, co wywraca świat i linię podziału praca/życie osobiste – na korzyść życia! A w nielicznych wolnych chwilach po prostu próbuję się wyciszyć.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Dr Beata Małachowska

Szukam nowych rozwiązań w medycynie – z dr Beatą Małachowską z Zakładu Biostatyki i Medycyny Translacyjnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi rozmawia Bożena Stasiak.

Podwójne gratulacje! Z okazji przyznania Nagrody Zaufania „Złoty OTIS” 2020 w kategorii „Debiut naukowy w medycynie” oraz świeżego doktoratu, który obroniła Pani pod koniec 2019 roku. Ma Pani na swoim koncie wiele nagród, wyróżnień, a także staże zagraniczne.

Praca naukowa od dawna była moją pasją. Już od początku studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi zaangażowałam się w pierwsze projekty naukowe. Potem nawiązałam kontakt z dr. Wojciechem Fendlerem i znalazłam się w projekcie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, kierowanym przez prof. Wojciecha Młynarskiego. W projekcie prowadzono pierwszy w Polsce screening genetyczny dzieci z podejrzeniem klinicznym występowania cukrzycy o podłożu monogenowym (z defektem pojedynczego genu). Dzięki temu programowi udało się zdiagnozować zespół HNF-1B – MODY u kilku rodzin z całej Polski, identyfikując tym samym pierwszą taka grupę chorych w naszym kraju.

Cukrzycy pozostała Pani wierna i później.

W 2013 roku dołączyłam do zespołu prof. Wojciecha Fendlera, który prowadził projekt dotyczący roli mikroRNA (niewielkich cząsteczek kwasu rybonukleinowego) w patogenezie rzadkich form cukrzycy. Były to niejako rozwinięcie i kontynuacja wcześniejszego projektu prof. Młynarskiego. Od 2017 roku jestem kierownikiem projektu Narodowego Centrum Nauki, w którym badamy rolę pewnego metabolitu – kwasu lizofosfatydowego – w patogenezie zespołu HNF-1B – MODY.

A Pani praca doktorska też wiąże się z cukrzycą.

Tak, moja rozprawa nosi tytuł „Profilowanie metabolomiczne ostrych powikłań cukrzycy typu 1 u dzieci”.

Już określenie „profilowanie” sugeruje, że chodzi o duże zbiory danych biologicznych, do czego niezbędna jest złożona analiza statystyczna. I to tłumaczy Pani obecne miejsce pracy, w Zakładzie Biostatystyki i Medycyny Translacyjnej. A medycyna translacyjna?

Ma kilka definicji, ale ja lubię mówić o tym, że jest to budowanie mostu pomiędzy badaniami naukowymi a praktyką kliniczną. Będąc z wykształcenia lekarzem z ukończonym Studium Medycyny Molekularnej oraz intensywnym treningiem w analizie danych, staram się niejako tłumaczyć, przenosić najnowsze odkrycia z zakresu medycyny molekularnej na nowe możliwości terapeutyczne dla pacjentów.

Medycyna translacyjna to nowa dyscyplina naukowa, wymagająca współpracy wielu różnych dziedzin, które często posługują się zupełnie innymi językami – w przenośni, ale czasem i dosłownie określając te same zjawiska innymi nazwami.

Dobrze się Pani czuje w laboratorium?

Szczerze? Nie bardzo! Wole pracę przy komputerze. Bardzo interesuje mnie analiza danych, w różnych aspektach   i dotycząca rozmaitych dziedzin medycyny, nie tylko cukrzycy, choć, jak już wspomniałam, mam do niej niezwykły sentyment. Analiza funkcjonalna, biologia systemowa, projektowanie nowych biomarkerów, leków, terapii z wykorzystaniem nowoczesnych technik komputerowych – to właśnie jest to. Na tym polu chcę rozszerzać swoje umiejętności i wciąż szukać nowych rozwiązań.

Zapewne niezwykle korzystny pod tym względem okaże się staż w Nowym Jorku?

Będę się tam zajmowała przede wszystkim oddziaływaniem promieniowania jonizującego na organizm, tym, w jaki sposób zmienia się metabolizm oraz układ immunologiczny pod jego wpływem. To roczny staż, który z pewnością zaowocuje nowymi doświadczeniami.

Rozmawiała Bożena Stasiak